podział obowiazków

Pierwszy raz odczułam, że Lolka się wyprowadziła, kiedy nie mogłam znaleźć żelazka. (Po co mi było żelazko???) Zadzwoniłam więc z grzecznym pytaniem:

–  Córuś, gdzie jest żelazko?

– Mamuś, ja tam nie mieszkam od roku – westchnęło dziecko, zmęczone najwyraźniej pytaniami o miejsce pobyty przeróżnych rzeczy

–  Kochanie, ale w ogóle to mamy żelazko, tak?

– Mamy, matko moja jedyna, nie zapomniałabym o nim przy przeprowadzce, bo to bardzo dobre ruskie żelazko. Ciężkie i samo prasuje.

Drugi raz odczułam, że Lolka już ze mną nie mieszka, kiedy przechodząc obok lustra poczułam coś dziwnego. Jakby błąd w matrixie.  Lustro zasadniczo powinno pokazywać odbicie, to jego praca, tak? Otóż moje się zbuntowało i przestało odbijać a zaczęło przedrzeźniać. Spróbowałam łagodnie przemówić, że z takimi ambicjami to niech idzie do cyrku pracować, ale pozostało niewzruszone. Postanowiłam umyć. To nie był dobry pomysł, bo okazało się, że mam więcej zmarszczek niż myślałam. Zadzwoniłam do córki z pretensją. Że mnie rozpuściła i że nie lubię luster. Ona na mnie systematycznie fuka, że zawyżyłam jej standardy czystości podłóg (no heloł, po podłodze chodzę bosą stopą) ale tym razem się uśmiała i obiecała, że jak przyjedzie to umyje mi okno.

– Nie! Absolutnie! Albo umyjesz mi wszystkie albo nie tkniesz żadnego – zreflektowałam się w sekundę – przecież jak umyjesz jedno to ja zobaczę różnicę.

 

 

 

 



co innego na myśli

Rzuciłam palenie w listopadzie 2012 r. Tydzień później byłam u spt na imprezie, emocjonalnie pogubiona z kilku powodów, ale szczęśliwa, że nie palę. I pewna na stówę, że już nie zapalę. W związku z tym, że akurat umarła mi Mamut i jeszcze nie wiedziałam, co na ten temat myśleć, to dla zagłuszenia mówiłam o swoim niepaleniu wręcz z egzaltacją. Im większy sceptycyzm widziałam w oczach rozmówcy, tym bardziej się zapalałam, że tym razem NAPRAWDĘ nie wrócę do palenia.

Rozumiem niedowierzanie słuchaczy, bo historię rzucania palenia miałam barwną i długą. Właściwie wcześniej rzucałam palenie co jakiś czas. Na miesiąc, na trzy, na wakacje na czas ciąży i karmienia itp. Za każdym razem skutecznie:). 

Co się zmieniło, że tym razem byłam tak bardzo pewna po TYGODNIU?

Wiecie, że jestem świruską (dlaczego mi to podkreśla jako błąd?) na punkcie precyzji wypowiedzi. Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że precyzja wypowiedzi to podstawą komunikacji. Nikt nie uczy, że każde słowo ma znaczenie i ono nie jest zależne od naszych intencji. Nikt nie uczy odpowiedzialności za słowo. Ale to zupełnie oddzielny temat, który prowadzi do wniosku „dziennikarstwo zeszło na psy upadło na dno” i ja nie o tym.

Drugie  – ważniejsze – to moja niezachwiana wiara w MOC słów. Słowa mają swoją energię, siłę działania i zgodni są co do tego psycholodzy, neurobiolodzy i inni naukowcy.

No i dlatego właśnie nie „rzuciłam palenia”. Odwróciłam w głowie sposób myślenia i nastąpiło „pstryk i światło”. Wcześniejsze rzucania palenia wiązały się z wysiłkiem, z poczuciem straty i ograniczeniem. Ja naprawdę byłam pewna, że lubię palić, że sprawia mi to przyjemność. To nieprawda. Fraza „lubię palić” jest klasycznym przeniesieniem. Nie „palić” lubiłam, tylko towarzystwo moich palących przyjaciół. Nie papieros sam w sobie sprawiał mi przyjemność, ale kontekst, z którym się wiązał.  Wdychanie dymu, dajcie spokój, to nie jest fajne! To jest cena jaką się płaci za kilka minut relaksu. Te same kilka minut wyciszenia, ale bez papierosa smakuje dużo lepiej. (Moja przyjaciółka, która rzuciła palenie w tym samym czasie, jeszcze przez kilka miesięcy chodziła na imprezy z papierosem i trzymała go  między palcami nie zapalając go. Bo trzymanie papierosa, dodawało jej pewności siebie. Wiedziała, co z rękoma zrobić.)

I kiedy to  zrozumiałam, poczułam ULGĘ. Bo zostawiłam sobie wszystkie „lubię” bez papierosa i bez ograniczeń dla stref dla palaczy, bez ekwilibrystyki planowania wszystkiego tak, żeby papierosów nie zabrakło i żeby znaleźć na papierosa czas i miejsce. Nie zabrałam sobie niczego – uwolniłam się.

Piszę  o tym, bo ostatnio mam trochę do czynienia z trenerami rozmaitych specjalności. Uczę się być trenerką w swojej branży  i co i rusz słyszę, że warunkiem rozwoju jest „wychodzenie ze strefy komfortu”. 

A dalej mi jazda od mojej strefy komfortu!

Nie po to ją sobie buduję, żeby ją porzucać w imię gromadzenia niekomfortowych doświadczeń. Ja rozumiem przesłanie, wiem co autor miała na myśli, ale buntuję przeciw użyciu SŁÓW, które niosą za sobą konkretne znaczenie.  Co to jest komfort? To sytuacja (miejsce), w której czuję się dobrze, wygodnie, bezpiecznie, szczęśliwie. Moja córka, mój dom, moja praca, moi przyjaciele to moja strefa komfortu. Moja potrzeba rozwoju sprawia czasem, że mi strefie  komfortu ciasno i wtedy się rozpycham. Ale nie „wyszłabym” z tego za żadne skarby. Semantyka.

Żyjemy w  smutnym społeczeństwie, zastraszonym, podzielonym, narzekającym i pod wieczną presją. Tak mało w nas pewności siebie, radości, ufności i życzliwości skoro komfort rozumiemy jako odizolowaną od świata mentalną kanapę, z której trzeba wstać, żeby życie poczuć. Nie, nie, nie. Komfort to nie pułapka ani więzienie.

Komfort jest dobry. Dbajmy o niego.   



czy powinna mnie interesowac podstawa prawna?

Czytałam jakiś artykuł o facecie, który przez przypadek podpisał korespondencje służbową sygnaturą swojej koleżanki po fachu. Zdziwił się bardzo, że został przez klienta potraktowany pretensjonalnie. W ramach eksperymentu podpisywał się jako kobieta przez tydzień. Po tygodniu doszedł do wniosku, że był to najgorszy okres  w jego karierze zawodowej. Nigdy wcześniej nie miał do czynienia  z tyloma klientami, którzy podważali jego kompetencje, próbowali się z nim umawiać lub zwyczajnie nie brali poważnie tego, co pisał.  Zdziwiła się też jego koleżanka, bo przyzwyczajona do takiego traktowania, była pewna, że to element specyfiki zawodu.

Jestem specjalistką w swojej dziedzinie. Kontakt  z klientami w moim przypadku, to nie jest zwyczajna obsługa klienta (która jest trudniejsza i rządzi się nieco innymi prawami). Dostaję pieniądze za to, że „wiem lepiej” albo „wiem, gdzie szukać” i potrafię swoje „wiem” obronić.  Starych klientów już przekonałam i  mi wierzą ( „starzy” czyli tacy, którzy już jakąś kontrolę ze mną przeszli). Czasem dzwonią, żeby zweryfikować to, co „internety mówią” albo ”w telewizji słyszeli”, ale szanują mnie i mój czas. Na co dzień jednak mam nieustający korowód niedowiarków, „wydaje-misiów”, dyskutantów, „ale wszyscy tak robią”, „a szwagier mówił” i tym podobnych. Ostatnio usłyszałam od faceta:

– Niech panią nie interesuje podstawa prawna, skoro ja tak robię, to znaczy, że mam prawo.

Jak się rozmawia o kulturze gwałtu, o przemocy w rodzinie o molestowaniu, to mężczyźni podnoszą raban, że oni TEŻ są bici, gwałceni i molestowani i o tym się NIE MÓWI. Nie wątpię,  że są i należy o tym mówić, ale spójrzmy na  statystyki i skalę. Ile razy w tym tygodniu, drogi mężczyzno, słyszałeś aluzje do seksu od osoby, którą zupełnie nie byłeś zainteresowany?  

Identycznie jest z niedocenianiem kompetencji. Wierzę, że mężczyźni też bywają deprecjonowani, ale w nieporównywalnie mniejszej skali.  Kiedyś przez przypadek zgadałam się z pewnym prawnikiem o wspólnym kliencie. Powiedziałam o nim, że jest trudny,  bo krzyczy i zastrasza dziewczyny, że musiałyśmy sobie na nim przećwiczyć i udoskonalić asertywność.  A ten prawnik zdziwiony:  „Jak to? W życiu! On nigdy głosu nie podnosi”. Zaczęłam zwracać uwagę na zjawisko.

Zauważyłam, że mężczyzna bez wstydu dyktuje stawki. Kobieta jak ma wycenić swoją prace, to w większości przypadków żąda mniej. A może to tylko ja tak mam? 

Od godziny się gryzę,  ile sobie zażyczyć za przeprowadzenie egzaminu branżowego? 

tabu – czyli majtki ci widać

Pamiętam  jak miałam za złe Gretkowskiej to pisanie o menstruacjach, macicach, bólach jajników itp. Miałam dwadzieścia lat, czytałam Łysiaka i byłam zakochana w korwiniście (tak, już wtedy Korwin- Mikke zagospodarowywał na scenie politycznej swoje żelazne 2 % elektoratu). Wierzyłam też w ten cały romantyczny bełkot o wyjątkowości, tajemniczości i niemożliwości zrozumienia kobiet. Odszczekuję.

Znacie?

„Żeby być szczęśliwym z mężczyzną należy go dobrze rozumieć i trochę kochać. Żeby być szczęśliwym z kobietą trzeba ją bardzo kochać i w ogóle nie starać się zrozumieć”.

Pewnie, że znacie. Większość pewnie uzna z trafne.

Tak skutecznie jesteśmy tresowane od urodzenia do pełnienia roli OZDOBY, że aż trudno nam samym uwierzyć, że naprawdę NIE MUSIMY. Mało tego, każda inna rola musi być podporządkowana roli ozdoby. Cokolwiek robimy w domu, w pracy, w łóżku –  mamy obowiązek po pierwsze dobrze wyglądać. Piersi w przestrzeni publicznej? Proszę bardzo, zawsze i wszędzie. Z wyjątkiem karmienia dziecka, bo to obrzydliwe. Menstruacja? Udawajmy, że nie ma.  W ogóle. Abstrakcja taka, że niby naturalne i wszystkie doświadczają ale nie ja i nie teraz, bo to obrzydliwe. Owłosione nogi i pachy? Mraau jakie to  seksowne… a nie, przepraszam, to obrzydliwe jest.

I to postępuje.

Przeczytałam na jakimś forum komentarze, żeby kobiety odpuściły trochę i nie posyłały swoich 100% mężczyzn do sklepu po podpaski, bo to:

a) wstrętne

b) niemęskie

c) odziera nas z tajemnicy kobiecości

Jakoś nie wali się delikatna męska konstrukcja psychiczna, gdy trzeba kupić papier toaletowy.

 

Na szczęście mężczyźni, z którymi byłam związana, wiedzieli, że krew nie jest niebieska i nie da się powstrzymać od krwawienia siłą woli. Zdarzyło mi się kilka razy w życiu, że mnie krew zalała i musiałam sobie poradzić. Było to bardzo niekomfortowe i zależało mi, żeby nie narażać nikogo na nieestetyczne widoki ani sekundy dłużej, niż to było konieczne. Wdzięczna byłam za zrozumienie i pomoc w jak najszybszym ogarnięciu się. Zdarzyło mi się ratować w takich sytuacjach inne dziewczyny.   

 

Obrzydliwe? Obrzydzenie  to jedna z najsilniejszych emocji, związana z instynktem przetrwania i wszyscy go odczuwamy. Organizm mówi nam „tego nie jedz, bo ci zaszkodzi, to jest wstrętnie – odrzuć”  Jednak  w dzisiejszych czasach, po tysiącach lat cywilizacji, wstręt jest już uwarunkowany kulturowo. Jest sztucznie kodowany, żeby dyscyplinować kobiety.

 

Podobał mi się tegoroczny spot poznańskiej manify.

Chociaż „podoba mi się” to niewłaściwe określenie. Jest mi w gruncie rzeczy smutno, że musiał powstać. Że trzeba nieestetycznie wstrząsać, żeby otwierać oczy na rzeczywistość. Jesteśmy z krwi i kości, naprawdę musimy to wiedzieć. Nie po to, żeby epatować tylko po to, żeby być ze sobą w kontakcie. Naprawdę obrzydliwe są uprzedzenia, nienawiść i seksizm.

 

Umówiłam się na kawę z przyjacielem. Zwyczajna niezobowiązująca kawa. Znamy się szmat czasu i na ogół lubimy, ale tym razem wyprowadził mnie z równowagi jednym zdaniem:

– Majtki Ci widać

W pierwszym odruchu byłam pewna, że mi się sukienka podwinęła i rzeczywiście majtki mi widać, ale nie. Odznaczał mi się zarys majtek pod sukienką. Uściślając – widać było, że majtki na dupie MAM. To straszne wykroczenie modowe podobno. Bielizna ma być niewidoczna. Patrzący ma SIĘ ZASTANAWIAĆ czy bieliznę założyłaś, czy nie, bo tak jest bardziej seksi.

A gdzie w tym wszystkim ja? Gdzie jest granica? Majtki też mam starannie dobierac umawiając się na kawe?

 

 

Trochę gorycz przeze mnie przemawia, bo fajnie jest być ładną i nie przeszkadzała mi specjalnie presja społeczna póki nie musiałam na  „dobrze wyglądać”  poświęcać dużo czasu. Samo się dobrze wyglądało w wyciągniętym swetrze i w dżinsach, w niedbale spiętych włosach i bez makijażu. I zdecydowanie urodą i tupetem nadrabiałam braki wiedzy, ogłady, charyzmy.

Teraz mam wiedzę. I doświadczenie. Jestem naprawdę dobra w swojej pracy, ale gdziekolwiek się nie ruszę, czy to zwykłe spotkanie z klientem, konsultacje, negocjacje czy szkolenie to słyszę, że po pierwsze mam WYGLĄDAĆ. 

Nie chcę się użalać nad sobą, bo nadal potrafię wyglądem zachwycić, ale żeby tak się stało muszę:

– chcieć

– wyspać się

– poświęcić dużo czasu ubranie i umalowanie

Szkoda mi czasu.

Musze jeszcze uważać, żeby mi majtek nie było widać? No błagam.

 

Tymczasem mężczyzna musi być czysty.  No chyba, że nie może to nie musi.



jak to działa?

Daltonista nie wie, że nie widzi kolorów, bo w jego świecie ma też ponazywane kolory. Inaczej je widzi, ale widzi. I większość potrafi nazwać. Daltonista nie wie, że jego świat jest w odcieniach szarości póki mu ktoś tego nie powie. Podobnie z rozpoznawaniem twarzy .

Napadła mnie wczoraj u fryzjera jakaś baba i rzuciła się do całowania.  Dłuższą chwilę mi zajęło zanim się zorientowałam, że to moja przyjaciółka. Byłoby szybciej, gdyby się najpierw odezwała. Wrócił temat mojej prozopagnozji i znów usłyszałam pytanie : „To jak ty żyjesz, jak ludzi nie poznajesz?”

Otóż poznaję. Tylko nie po twarzy.

W testach pamięciowych i na spostrzegawczość wypadam całkiem nieźle. Funkcjonuję normalnie i ludzi potrafię opisać nawet z dużą dbałością o szczegóły. 

Tylko inaczej akcenty rozkładam.  Mój mózg przywiązuje do człowieka głos, sposób gestykulacji, sposób chodzenia, ubranie, kontekst i znaki szczególne. A twarzy jakoś nie. I to nie jest tak, że ja tej twarzy nie widzę. Ja ją widzę, ale nie kojarzę. Na szczęście objawia mi się mi to tylko wtedy, kiedy ktoś przełamuje schemat i trwa póki nie zbiorę innych danych. Czyli nie osadzę w kontekście.

Jako dziecko byłam postrzegana jako bardzo grzeczna dziewczynka, co wszystkim mówi „dzień dobry”. Mówiłam wszystkim, bo tak było prościej niż się zastanawiać, kogo znam. Jako nastolatka wstydziłam się, że nie pamiętam twarzy, wiec udawałam, że pamiętam. I do dziś odpowiadam na każde „cześć” i „dzień dobry” i uśmiecham się do tych, którzy się do mnie uśmiechają. Łatwo mnie poderwać na: „My się chyba znamy?” :).

Męczy mnie potwornie oglądanie zdjęć ze ślubów, studniówek i wakacji. Nawet zdjęć z własnego ślubu nie oglądałam. Lubię ludzi charakterystycznych, z jakimś „felerem”, po którym łatwo mogłabym ich rozpoznać. Działa na mnie głos ale też wyłapuję (i niektóre uwielbiam) wady wymowy. Kocham piegi odstające uszy, rude włosy, okulary, zeza i znaki szczególne. No i kontekst. Kontekst jest najważniejszy. W Paryżu na okładce jakiegoś poważnie wyglądającego pisma spodziewam się raczej Sarkozy’ego niż Blaira.  W pracy poznaję klientów, na uczelni poznaję koleżanki, w urzędach poznaję znajomych urzędników, ale mojego instruktora pływania, który przyszedł do biura w charakterze klienta nie poznałam. Koleżanki z pracy u fryzjera – nie poznałam.

 

Miałam  taki eksperyment badający spostrzegawczość:

pokazywano mi zdjęcia różnych  twarzy w grupach po 9 (trzy na trzy), minuta na przyjrzenie się i potem seria pytań.

Ile osób miało wąsy? Czy ktoś miał nakrycie głowy? Kto był w okularach? itp

Byłam świetna.

Gdybym miała 9 zdjęć tej samej osoby z różnymi rekwizytami, to chybaby mi mózg eksplodował. Z modelek rozpoznaję jedynie Cindy Crawford, bo ma pieprzyk i na zdjęciach, które znam, wskażę Anję.

Kocham film, bo wiem, kto gra i nie pojawi mi się w nim nagle były facet – obrażony, że nie poznałam (jak w ZUSie ostatnio).

Gdyby nie nazwy uczone nawet bym nie wiedziała, że to jakieś zaburzenie jest.

Ot – TAK MAM.

alleluja

Justin miała wczoraj wolne, więc Aga zdaje jej relację: 

– Tego (TEN i TA uniwersalnie na klientów będę mówić) nie było, Ta przyniosła  dokumenty, ale jeszcze doniesie delegacje, więc nie kończymy. Będzie do Ciebie dzwonił z ofertą jakiś dystrybutor wody. Nie umiałam go spuścić na drzewo i powiedziałam, żeby zadzwonił w piątek.

Ja: Justin go spuści szybko na drzewo. Zapyta po prostu czy to woda święcona?

Justin: A właśnie! Koleżanka mi mówi, że ją wczoraj prąd kopnął a ja na to: „Ty bezbożniku”.

Aga: Pewnie u spowiedzi nie była.

Zwykle rano robimy sobie z Justin prasówkę i wymieniamy się nowinkami. Wieść o tym, że

Enegra zawierzyła się Bożej Opatrzności i Matce Najświętszej Gromnicznej 

nieco nas ogłuszyła.

Czy to nie szydera z uczuć religijnych? Matce Boskiej GROMNICZNEJ? Naprawdę? Ja bym się poczuła urażona na miejscu Matki Boskiej. I niepotrzebna. I jak tak można? No chyba, że teraz gromnice będą na prąd a prąd za „co łaska” i „bóg zapłać”.

 



teoria względności

Przyjadą w tym tygodniu książki z Orłowa. Czyli będę miała co robić w weekend. Możliwe, że niejeden. Jak robicie porządki w książkach? 

Plan idealny jest taki:

1. Ustalić metodę układania. Ja planuję tematycznie a w ramach tematu alfabetycznie.

2. Zdjąć książki

3. Spisać

4. Ułożyć

Taki plan ma jeden poważny mankament. Na etapie zdejmowania zawsze ale to ZAWSZE znajduje się coś co:

zapomniałam, że mam

kocham i dawno w ręku nie miałam

oko zaczepi zupełnie bez powodu

… cztery godziny później (wersja optymistyczna) jestem głodna i zarzucam porządki. 

Tak robię od trzydziestu lat.

Całe szczęście, że nie mam dużo książek.

 

 

definicje

– Ja nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem. Mam koleżankę i ona jest bardzo wierząca z całym tym rytuałem w pakiecie: msze modlitwy, obrzędy. Chodzi do kościoła, słucha tego co ci księża wygadują i nie dość, że jakoś oddziela to od swojej wiary, to jeszcze wygląda na szczęśliwą. Nie jest głupia, ani tępa i jest przyzwoitym człowiekiem. Mi się to w głowie nie mieści. Jak ona może być z tym wszystkim szczęśliwa?!

– A co rozumiesz pod hasłem „szczęśliwa”?

– Yyyy…. no… nie wiem. Szczęście dla mnie to wolność…

– A może dla niej szczęście to bezpieczeństwo? Albo rodzina w komplecie? Albo jeszcze coś innego.

– Wolność to dość trudny dar, związany z odpowiedzialnością. Wolność można poświęcić w imię…

 

W imię czego poświecilibyście wolność?

A może źle postawiłam pytanie?

Co to właściwie jest ta wolność?

Czy jesteś wolny człowieku?

instrukcja obsługi mas za Noamem Chomsky

1 – ODWRÓĆ UWAGĘ

Kluczowym elementem kontroli społeczeństwa jest strategia polegająca na odwróceniu uwagi publicznej od istotnych spraw i zmian dokonywanych przez polityczne i ekonomiczne elity, poprzez technikę ciągłego rozpraszania uwagi i nagromadzenia nieistotnych informacji. Strategia odwrócenia uwagi jest również niezbędna aby zapobiec zainteresowaniu społeczeństwa podstawową wiedzą z zakresu nauki, ekonomii, psychologii, neurobiologii i cybernetyki. „Opinia publiczna odwrócona od realnych problemów społecznych, zniewolona przez nieważne sprawy. Spraw, by społeczeństwo było zajęte, zajęte, zajęte, bez czasu na myślenie, wciąż na roli ze zwierzętami (cyt. tłum. za „Silent Weapons for Quiet Wars”).

2 – STWÓRZ PROBLEMY, PO CZYM ZAPROPONUJ ROZWIĄZANIE

Ta metoda jest również nazywana „problem – reakcja – rozwiązanie”. Tworzy problem, „sytuację”, mającą na celu wywołanie reakcji u odbiorców, którzy będą się domagali podjęcia pewnych kroków zapobiegawczych. Na przykład: pozwól na rozprzestrzenienie się przemocy, lub zaaranżuj krwawe ataki tak, aby społeczeństwo przyjęło zaostrzenie norm prawnych i przepisów za cenę własnej wolności. Lub: wykreuj kryzys ekonomiczny aby usprawiedliwić radykalne cięcia praw społeczeństwa i demontaż świadczeń społecznych.

3 – STOPNIUJ ZMIANY

Akceptacja aż do nieakceptowalnego poziomu. Przesuwaj granicę stopniowo, krok po kroku, przez kolejne lata. W ten sposób przeforsowano radykalnie nowe warunki społeczno-ekonomiczne (neoliberalizm) w latach 1980. i 1990.: minimum świadczeń, prywatyzacja, niepewność jutra, elastyczność, masowe bezrobocie, poziom płac, brak gwarancji godnego zarobku – zmiany, które wprowadzone naraz wywołałyby rewolucję.

4 – ODWLEKAJ ZMIANY

Kolejny sposób na wywołanie akceptacji niemile widzianej zmiany to przedstawienie jej jako „bolesnej konieczności” i otrzymanie przyzwolenia społeczeństwa na wprowadzenie jej w życie w przyszłości. Łatwiej zaakceptować przyszłe poświęcenie, niż poddać się mu z miejsca. Do tego społeczeństwo, masy, mają zawsze naiwną tendencję do zakładania, że „wszystko będzie dobrze” i że być może uda się uniknąć poświęcenia. Taka strategia daje społeczeństwu więcej czasu na oswojenie się ze świadomością zmiany, a także na akceptację tej zmiany w atmosferze rezygnacji, kiedy przyjdzie czas.

5 – MÓW DO SPOŁECZEŃSTWA JAK DO MAŁEGO DZIECKA

Większość treści skierowanych do opinii publicznej wykorzystuje sposób wysławiania się, argumentowania czy wręcz tonu protekcjonalnego, jakiego używa się przemawiając do dzieci lub umysłowo chorych. Im bardziej usiłuje się zamglić obraz swojemu rozmówcy, tym chętniej sięga się po taki ton. Dlaczego? „Jeśli będziesz mówić do osoby tak, jakby miała ona 12 lat, to wtedy, z powodu sugestii, osoba ta prawdopodobnie odpowie lub zareaguje bezkrytycznie, tak jakby rzeczywiście miała 12 lub mniej lat” (zob. Silent Weapons for Quiet War).

6 – SKUP SIĘ NA EMOCJACH, NIE NA REFLEKSJI

Wykorzystywanie aspektu emocjonalnego to klasyczna technika mająca na celu obejście racjonalnej analizy i zdrowego rozsądku jednostki. Co więcej, użycie mowy nacechowanej emocjonalnie otwiera drzwi do podświadomego zaszczepienia danych idei, pragnień, lęków i niepokojów, impulsów i wywołania określonych zachowań.

7 – UTRZYMAJ SPOŁECZEŃSTWO W IGNORANCJI I PRZECIĘTNOŚCI

Spraw, aby społeczeństwo było niezdolne do zrozumienia technik oraz metod kontroli i zniewolenia. „Edukacja oferowana niższym klasom musi być na tyle uboga i przeciętna na ile to możliwe, aby przepaść ignorancji pomiędzy niższymi a wyższymi klasami była dla niższych klas niezrozumiała (zob. Silent Weapons for Quiet War).

8 – UTWIERDŹ SPOŁECZEŃSTWO W PRZEKONANIU, ŻE DOBRZE JEST BYĆ PRZECIĘTNYM

Spraw, aby społeczeństwo uwierzyło, że to „cool” być głupim, wulgarnym i niewykształconym.

9 – ZAMIEŃ BUNT NA POCZUCIE WINY

Pozwól, aby jednostki uwierzyły, że są jedynymi winnymi swoich niepowodzeń, a to przez niedostatek inteligencji, zdolności, starań. Tak więc, zamiast buntować się przeciwko systemowi ekonomicznemu, jednostka będzie żyła w poczuciu dewaluacji własnej wartości, winy, co prowadzi do depresji, a ta do zahamowania działań. A bez działań nie ma rewolucji!

10 – POZNAJ LUDZI LEPIEJ NIŻ ONI SAMYCH SIEBIE

Przez ostatnich 50 lat szybki postęp w nauce wygenerował rosnącą przepaść pomiędzy wiedzą dostępną szerokim masom a tą zarezerwowaną dla wąskich elit. Dzięki biologii, neurobiologii i psychologii stosowanej „system” osiągnął zaawansowaną wiedzę na temat istnień ludzkich, zarówno fizyczną jak i psychologiczną. Obecnie system zna lepiej jednostkę niż ona sama siebie. Oznacza to, że w większości przypadków ma on większą kontrolę nad jednostkami, niż jednostki nad sobą.

 

Nadal uważacie, że Kaczyński to idiota/oszołom/głupek/człowiek chory psychicznie? 

 

 

uzupełnienie za racjonalistą:

 

Poul Romskey: Noam Chomsky zaprzeczył autorstwu tego tekstu w odpowiedzi fizykowi Jean Bricmontowi w październiku 2010 roku stwierdził: „Nie mam pojęcia, skąd to pochodzi. Nie stworzyłem tej kompilacji, nie spisałem i nie zamieściłem jej w internecie. Wielu ludzi zauważa podobieństwo z tym co napisałem tu czy tam, ale na pewno nie zrobiłem tego w tej postaci lub w postaci listy”. Dzieje tego tekstu są starsze, lecz autor pozostaje wciąż anonimowy. Nad pierwowzorem (Silent Weapons for Quiet War) pochylało się wielu ekspertów (w tym specjaliści CIA) stwierdzając, że nie napisał tego amator. Co ciekawe jednak, przedstawione w liście tezy są zbieżne z wynikami prac wielu socjologów, psychologów, medioznawców. Tekst stanowi wciąż zagadkę, stał się „teorią spiskową”. O jego popularności — jak sądzą badacze — zadecydowało to, że jest napisany w formie instrukcji a nie analizy.

 

uzupełnienie moje:

Niepotrzebnie się Chomsky wypiera moim zdaniem, bo na pewno jego teksty mogły być inspiracją do powstanie tego swoistego „dekalogu”. Wyparł się formy ale trudno zaprzeczyć treści:)






ja – milijon, ja – w służbie i ja pierdolę

 

Jak tak czytam obrońców Kijowskiego, tych co „murem za Mateuszem” i tych co wyzywają od zdrajców zadających pytania, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że  niczym się doprawdy nie różnią od wyznawców prezesa. Filozofia Kalego wciąż króluje na scenie politycznej. Wytkniesz kłamstwo i usłyszysz, że tamci kłamią bardziej.

Nie moi drodzy – nie chodzi o skalę zjawiska chodzi o ZASADĘ.

Póki nie pojawią na scenie politycznej ludzie broniący zasad, póty będzie kwas.

Nie przekreślam KODu, bo Kijowski się skompromitował. Myślę nawet, że chłodna dezaprobata ze strony sympatyków  komitetu byłaby politycznie znacznie lepszą reakcja niż lincz z jednej strony i histeryczna obrona z drugiej. Bez zamiatania pod dywan, ale też bez onanizowania się Kijowskim trzy pokolenia wstecz i dwa do przodu.

Niestety, wychowani w kulcie romantycznej literatury, kochamy oddawać w rząd dusze. Oszczędźmy sobie ewentualnego wstydu za ślepą wiarę w przywódców, którą słusznie wyśmiewamy w państwach totalitarnych. Jesteśmy w niebezpiecznym miejscu historii, nie wszyscy ocalejemy prowadzeni na rzeź.

W polityce podział na PIS i resztę świata jest podziałem przekłamanym. Prawdziwe różnice dotyczą wizji i postaw.

I  MY i ONI dzielimy się na tych, co nie wyobrażają sobie silnej grupy bez świętego przywódcy i na tych, co zasadniczo mają w dupie. Jest jeszcze trzecia najmniej liczna grupa, to ci wariaci od zasad.


” Szukam nauczyciela i mistrza
niech przywróci mi wzrok słuch i mowę
niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia
niech oddzieli światło od ciemności.”

Ludzie, którzy w potrzebują WODZA są przywiązani do jakiegoś ustalonego porządku, zasad wyssanych z mlekiem matki, wpojonych w procesie wychowania i socjalizacji.  Nie ważne jakie to zasady i jaki porządek, ważne, że ustalone poza JA  a  JA MUSI je PRZYJĄĆ. Dekalog, prawo, prawo naturalne (rozmaicie rozumiane), prawo rynku, katechizm, program partii. To ludzie, którzy wierzą w większość, „prawdę po środku”. Za potrzebą posiadania przewodnika idą idee, symbole, rytuały a przed nią idą  AUTORYTETY.  Ludzie ci wiele wybaczą, w imię „wyższych celów”, „mniejszego zła”, utrzymania wspólnoty, utrzymania władzy, „coś za coś”. Łatwiej im żyć, kiedy pokładają wiarę w kimś(czymś), kiedy mogą komuś (czemuś) ufać tak bardzo, żeby móc działać zgodnie z „instrukcją”.  Wyznają  różne „religie”, stosując te same metody, mówią tym samym językiem.  Jedni krzyczą „prawda , honor, ojczyzna” drudzy „trybunał, demokracja, konstytucja” a ich „święci”  liderzy chcą władzy, kasy i seksu. 

„Kiedy mówisz mi: są bezpieczne wyspy. Nie wierzę!
Kiedy mówisz mi: burzę trzeba prześnić. Nie wierzę!
Kiedy mówisz mi: światło musi przeżyć. Nie wierzę!
Kiedy mówisz mi, że wierzysz, wierzysz, wierzysz. Nie wierzę!
Mam dość! Nawiedzonych kochanków
Mam dość! Histerycznych poranków
Mam dość! Świętej wojny od święta
Losy świata nie leżą w naszych rękach”

Ci, co zasadniczo mają w dupie są po prostu tym cyrkiem zmęczeni. Jest im obojętne, czy  minister spraw zagranicznych nawiązał stosunki dyplomatyczne z Hogwartem i co powiedział Kaczyński o uchodźcach. I w ogóle, kto to jest Kaczyński? Oni chcą żyć. I mieć.  A że to w większości ludzie przyzwoici są, to chcą mieć i być w miarę uczciwie. To  ci, dla których bliższa  ciału koszula niż jakieś autorytety. Świata naprawiać nie zamierzają, zamierzają się w świecie ustawić.  Zawsze będą robić to, co im się bardziej opłaca, będą wychodzić naprzeciw swoim potrzebom. Na wybory pójdą albo nie „bo pada”, petycję podpiszą jak ich dotyka, księdza po kolędzie wpuszczą, na WOŚP dadzą, rozwiodą się jak trzeba, pojadą w świat za pracą albo będą czekać na to, co im się należy. „Co nie jest zabronione, jest dozwolone a jak czegoś nie wolno, ale się bardzo chce (i nikt nie widzi), to można”.  

Ja chcę władzy, daj mi ją, lub wskaż do niej drogę!
O prorokach, dusz władcach, że byli, słyszałem,
I wierzę; lecz co oni mogli, to ja mogę,
Ja chcę mieć władzę, jaką Ty posiadasz,
Ja chcę duszami władać, jak Ty nimi władasz.”

 

Trzecia grupa to ideowcy, liderzy, terroryści,  pasjonaci, wariaci, wizjonerzy, psychopaci, geniusze i kompletni idioci gotowi świat zmieniać i naprawiać według własnych wizji. Przekonani o własnej  racji/misji/wyjątkowości będą ciągać za sobą tłum, albo iść pod prąd, albo zakopią się w schronie we  własnym ogródku. Każdą ideę obwąchają nieufnie dwa razy i przefiltrują przez sito własnych przekonań. To specjaliści od zawracania Wisły kijem, porywania się z motyką na słońce, przesuwania bardzo szeroko rozumianych granic (granic przyzwoitości i absurdu też). Wszystko potrafią poddać w wątpliwość  z grawitacją włącznie, w każdym idealnym porządku dziurę znaleźć.  Własnym oczom nie uwierzą, jeśli im się widok „nie zgadza”, ale  żadna teoria spiskowa nie będzie niemożliwa, jeśli wyda się wiarygodna. Mogą wierzyć w czary, horoskopy, przepowiednie, tajemne moce  i cały ten metafizyczny bajzel, w zamach smoleński, w UFO, ale tylko w wybranym przez siebie zakresie. Autorytety mają na użytek własny, skrojone na miarę. Wszystko widzą przez pryzmat  JA, bo w sobie mają źródło swojej siły. Albo słabości.   

Nie chciałam wartościować, nie wiem, czy mi się udało. Tu nie ma złej i dobrej drogi. To kwestia sposobu na życie i realizować go można w sposób szlachetny albo parszywy.  

Ja się widzę w grupie trzeciej, ale spokojnie, nie zamierzam kariery politycznej robić. A wy?