dzien najgorszy

Dzien najgorszy

Najtrudniejszym odcinkiem na tej trasie do Santiago jest podejscie z Porte de Lima do Rubiães. Osiemnascie kilometrow pod gore, kamienista droga przez las. Dla.Tetetki byl to pierwszy dzien marszu

Pierwsza godzina za ponte de lima zaczelysmy spotykac innych pielgrzymow. Miedzy innymi emerytowanwgo francuskiego policjanta Denisa, ktory akuarat szedl w przciwna ale bardzo przejal sie nami. Bardzo. Sprawdzil czy dobrze nam.leza plecaki, obejrzal nasze buty, pokrecil glowa z powatpieniem . 

– nie dacie rady- zawyrokowal – przeszwdlem te trase 5 razy ale wy za piewszym razem nie dacie rady. Ja juz jestem na emeryturze i sobie chodze. Mam zdolnosci terapeutyczne, dobra energię to chociaz was usciskam. 

I wysciskane poszlysmy dalej z lekka obawą. Po kolejnej godzinie zglodnialysmy. Na szczescie dotarlysmy do restauracji o wiele mowiacej nazwie

„Last time” i zjadlysmy potezny obiad. Uzupelnilysmy zapas wody i ruszylysmy dalej. Tetetka dowiedziala sie od czata GPT ze wlasciwie najgorszy odcinek za nami

– eh ci faceci, nie docenil nas ten policjant. 

– bylo ciezko, ale spodziewalam sie gorszych warunkow. Straszyli tylko.

Dokladnie ten moment wykorzystala zla godzina i zaatakowala znienacka. 

Zaczelo sie. Naprawde na kazdy krok trzrba bylo uwazac. Kocham moje sandaly, nadal polecam, ale zbieraly kamyczki. Co jakis czas musialam robic przystanek i skrupulatnie sie ich pozbywac. Po kolejnej godzinie Tetetce skonczyla sie cierpliwosc. 

– Poczekaj, zrobmy przerwę, opierdole czat GPT – i dosc stanowczo oznajmila mu ze to byl chyba ponury zart ze jesli tamto bylo najgorsze to to teraz to co to do cholery bylo???

– masz rację, bylem zbyt optymistyczny w ocenie. Dopiero teraz pokonalyscie najgorszy odcinek teraz bedzie lepiej. 

Minęla nas grupa rowerzystow. Wygladalysny żałośnie, bo sie zainteresowali czy nie potrzebujemy pomocy. 

Nie potrzebowalysmy. Nawet im troche wspolczulysny. 

– jednak oni maja gorzej, pod ta ostatnia gorke musieli chyba te rowery niesc

– tak, z rowerem zupelnie nie dalabym rady. Dobrze, ze juz najgorsze za nami…

Tak, niczego nas to podejscie nie nauczylo poki nie stanelysmy przed kolejnym z niedoeierzrniem gapiac sie na strzalke. 

– to chyba jakis zart. Ta strzalka chyba oznacza ze mamy wejsc na to drzewo i wzywac pomocy. 

– Moze to ostatnie podejscie? Czat mowi ze tym razem to juz naprawde z gorki. 

Przed kolejnym podejsciem na kamieniu biala farba bym wypisany nr na taxi. Troche to eyglafalo na zart, bo bylysmy w miejsco nietknietym kolem a co dopiero czterema kolami. 

– Na wszelki wypadek zrobię zdjecie tego numeru. 

Tetetka opierdalala czat uzywajac slow obelzywych. Czat kajal sie i obiecywal ze teraz tojuz naprawde z gorki. Rzeczywiscie stalysmy na jakiejsc gorze z ktorej rozposcieral sie przepiekny widok. 

– Uff, dalysmy radę. Moze to i lepiej, ze nas oklamal, mialysmy wieksza motywację. 

– tak, spelnial role papy smurfa „daleko jeszcze papo smerfie?””nie, niedaleko”. 

– poza tym, skoro tam byl numer na taksowke to musi byc gdzies w poblizu droga. 

Przed kolejnym podejsciem gdzie strzslka znow wskazywala gore bolaly nas plecy, kolana, biodro i konczyla nam sie woda. 

– Ja pierdole! Nie wierzę! – powiedzialam, to sie chyba  nigdy nie skonczy

– pomysl , ze te droga wydeptywali pielgrzymi przez setki lat. To musi byc najkrotsza droga. Poza tym w miescie jest goraco a tu mamy jednak troche cienia. 

– Ale powiem jeszcze gnojowi, ze znow sie pomylil

– I co odpowiedzial? 

– ze rzeczywiscie mam racje

Na ostatnich nogach dotarlysmy do miejsca, na ktorym znow byl numer na taksowke. No teraz to juz musk byc koncowka! 

To nie byla koncowka ale tej nie opowiem bo same bylysmy zgorszone tym jakie slowa znamy. 

Dotarlysmy do Rubiaes wyczerpane, odwodnione, brudne i zlorzrczace. 

Nie zrobie ani kroku dalej zamawiaj Bolta. 

– podejdzmy jeszcze troche, bo nie ma dostepnych kierowcow wczesniej niz za 45 minut.  Pewnie mecz. 

Doszlysmy do jakiegos schroniska, musialysmy dotrzec do Valency. 

Wiedzialysmy ze tam nie dojdziemy od poczatku, ale tam mialysmy rezerwacje bo tam miala doleciec Anka olsztynska.  Nie doleciala , ale rezerwaca nam zostala. 

W schronisku napilysmy sie wody, Tetetka poznala jakiegos mileho Wlocha i poczekalysmy na taksowke. 

Schronisko w Valency

…………………..

Tu skasowalam duzy fragment bo ulalo mi sie w nim tyle frustacji, ze mi kapalo z zebow jadowych przy pisaniu. 

Jaki to byl koszmar! Pokoj wilgotny, posciel wilgotna przykryta jakas klejaca kapą, miejsce dokladnie w srodku niczego. Kuchnia zamknieta,   a ja marzylam o czym innym do picia niz woda z kranu w tej zatechlej lazience. 

Namowilam Tetetke zebysmy jeszcze zrobily te dwa kilometry do miasta

– tam musi byc jakas cywilizacja!

Nie bylo. Bylo ok 21.00 i wszystko zamkniete na glucho. Odbilysmy od chyba szesciu miejsc ktor mialy byc otwarte i nie byly. Apokalipsa przeszla  w koncu znalazlysmy jakis sklepik w ktorym byla woda i stare ciastka. Wrocilysmy do schroniska. 

– a tak sie raklamowali, ze nawet basen maja. 

– ta plastikowy koszmar chyba mieli na mysli

Tetetka poszla spac a ja poszlam nienawidzic. Poszlam do ogrodu, bo tylko tam bylo ludzkie powietrze. Omal nie usiadlam na kompletnie mokrym siedzisku.  

– Kurwa! Nie! – wyrwalo.mi sie

Postanowilam valency obsmarowac tak bardzo zeby sie juz nie podniosla

„Nie polecam” – zanotowalam stanowczo , znalazlszy sucha lawke. Dlugo sie nie nasiedzialam bo bez ostrzezenia wlaczuly sie…zraszacze. 

– kurwa mac! Nienawidze Valency. 

Ramo okazalo sie ze nie dosc ze nie wyschly nam rEczy wyprane, to.jeszcze zawilgotnialy te ktore mialysmy w plecaku. 

Na sniadanie dostalysmy po naparstku kawy i bulce. 

Moglysmy tez kupic wisniowke i sliwowice, ale zaniechalysmy. 

Na porzadne sniadanie poszlysmy do Tui. Tam wrocilo mi zycie i humor. 

Nawet nie dalam sie tak  pezekonac Tetetce. 

– Hiszpania jest lepsza – oswiadczyla

– Portugalia jest lepsza – zaoponowalam -z wyjatkim Valency

– Twoj osąd jest stronniczy i niewiarygodny

– zgodze sie , ze moze miec nieweilki wplyw na moj osad pewien wielbiciel piosenek z hinduskich filmow. 

– ciesze.sie ze.masz tego.swiadomosc. 

Wieczna milosc Fabiano byla jak GPS dzialala w ograniczonym zasiegu 85 kilometrow, co i tak uwazam za wyczyn dosc imponujacy:) Dzis nie dostalam nawet marnego smsa. Smuteczek:)

Czas na podsumowanie. Połączyła nas moja szlochająca żałosność i kino bollywood. Z jego perspektywy bylam osmarkaną kupą nieszczescia do uratowania. On był moim bohaterem a „mężczyzna pozostaje zazwyczaj bardzo długo pod wrażeniem, jakie zrobił na kobiecie” (to Tuwima:).

Nie mam żalu do Fabiano i mam nadzieje ze on nie ma zalu go mnie o te ostatnie obietnice bez pokrycia. Moze mu nawet ulzyło? Moze w innym czasie, w innym swiecie? Niedokonczone historie dobrze sie wpomina i są inspiracją pisania

.

Czy mnie to czegos nauczylo?

Niczego:)

Ponte de Lima

Do Ponte de Lima szlam po strzalkach od czasu do czasu dyskutujac z nawigacją. O 20.00 mialam dosc, wyszlam na droge i złapałam stopa. Nie bylo dostepnej taksowki, bo pewnie znow był jakis mecz. Zatrzymala sie dziewczyna wytlumaczyla, ona wprawdze zaraz skreca ale chwileczke a mi pomoze. Zadzwonila do kogos pogadala i powiedziala – za 5 minut przyjedzie tu taki samochod – pokazala mi numer- kierowca zawoezie cie do schroniska. – podziekowalam we wszystkich znanych mi jezykach i dwoch nieznanych. Schronisko w Ponte de Lima zarezerwowala Tajemnicza Towarzyszka, ktora ze wzgledu na blog publiczny postanowila pozostac anonimowa. Bede ja nazywac Tetetką. Tetetka wyrwala sie ze swojego ulozonego zycia tlumaczac rodzinie, ze musi pomoc kolezance na pielgrzymce do Santiago. Ta kolezanka jest malo sprawna intelektualnie i fizycznie dosc niedolezna, trzeba jej pomoc, zaopiekowac sie, byc moze pomoc zmieniac pieluchy. No i musi dowieźć gotowke. Miala dotrzec po 23.00, glodna, wiec poszlam organizowac jedzenie. Tak calkiem nie klamala, rzeczywiscie nie mialam gotowki.

Poznym wieczorem Fabiano wyslał mi piosenke z filmu indyjskiego „Humari adhuri kahani” (tak tez jest fanem kina indyjskiego) czyli ” nasza niedokonczona historia” i lokalizację. 6 minut pieszo od tawerny w ktorej akurat jadlam kolacje. Swieta by sie zlamala, a ja nie aspiruje. Dolączył. Zrobilismy długą rundę po mieście, nie bez przygod. Jak robilam zdjecia mostu to wpadlam do rzeki. Plytko bylo, ale ratujac telefon zamoczylam sie do pasa wiec wrocilam do schronoska zeby sie przebrac.

– Czy ja moge z toba wejsc?

I tu zemscilam sie na Tetetce

. – Nie mozesz, przyjechala moja kolezanka, ona jest bardzo tradycyjna i pruderyjna. Ona sie na pewno teraz sie modli. Ja jej nawet nie powiedzialam ze wyszlam z toba, bo bylaby strasznie zgorszona.

– zostań, po co ci ta pielgrzymka?

– nie mogę, ta kolezanka bardzo na mnie liczy. Ona chce zostac zakonnicą, boi sie obcych ludzi, nie moge jej zostawic.

– zostań, zawioze cie jutro do Valency – kusił- nie moge jej zastawić

– a mnie możesz?

– z tobą się pozegnalam wczoraj

– nie chcę takiego pozegnania

– a jakie chcesz?

– wcale nie chcę przyjadę do Valency

– zwariowałeś chyba! To nie ma sensu! Czy ty mozesz tak sobie po prostu jezdzic za mna po calej Portugali?

!- nie moge, szef mnie zabije

– to mam lepszy pomysl. Ja przyjade do Porto – westchnęłam

– Kiedy? Za tydzien?

Zdecydowalam zgodnie z filozofia pewnego polityka ” coz szkodzi obiecac”, że zgodzę sie na wszystko. – Niech bedzie za tydzien.

– I … zostaniesz ze mną na noc?

– Zostane na trzy noce!

W wyniku małego nieporozumienia Tetetka zarezerwowala dwa miejsca, ja jedno wiec wlasciwie mialysmy caly pokoj dla siebie. Dwa piętrowe łóżka i my dwie. Chociaz wlasciwie … cztery, bo ona szla ze zgrzybiala staruszka a ja z niesmiala dziewicą. Nastepnego dnia ruszylysmy w najtrudniejszy odcinek.

Droga

Jak wszystko co robię w zyciu, wybralam swoj autorski sposob pielgrzymowania. Niektorych przyprawia o  apopleksje samo czytanie. 

Otoz prowadze raczej  nocne życie.  

Wstaję o 9.00, sniadanie ogarniam do 11.00 i wyruszam w trasę wlokąc się i chłonąc życie. Swiat jest niewiarygodnie cudowny (pewnie z wyjatkiem miejsc gdzie akurat Kapitol zrzuca bomby)  W pracy zawodowej jak ktoś zaczyna od „Ja myślałam” dostaje gęsiej skorki przygotowana na niedorzecznosci.

W zyciu, coz, w życiu sama wpadam w pulapki „myslenia”. 

Trase pielgrzymki zaplanowalam sobie z czatem GPT i google maps. Bo „ja myslalam” ze to nie ma znaczenia. Dlatego pierwszego dnia szłam do Vila do Cordo wdychajac spaliny. Wczoraj bylo juz lepiej a nawet przepieknie tylko nocleg sztuczna zlosliwa inteligencja zaproponowala mi w zamknietym od lat kosciele w jakiejs wiosce zabitej dechami. 

Godzina prawie 20.00, kosciol zamkniety na głucho i zywej duszy w zasiegu wzroku. Nastepne schronisko wprawdzie 7 kilometrow dalej ale mi.sie baterie wyczerpaly. Juz myslalam ze spac bede pod golym niebem i gratulowalam sobie ze jednak wzielam spiwor, postanowilam jednak poszukac czlowieka. I znalazlam. W pierwszej sekundzie myslalam ze to jakiej zebramie w wiejskim pubie.  Dwudziestu podpitych chlopow wpatrzonych w telewizor. Nawet sie nie orzestraszylam. Towarzystwo wygladalo identycznie jak  u mnie w rodzinnym Orlowie pod sklepem u Zoski. Kelnerkę miedzy nimi wypatrzylam. 

Wytlumaczylam ze z niewyjasnionych powodow zadna takasowka.jest nieosiagalna a ja schronisko mam w Barcelos. I nawet nie wiem czy sa miejsca.

Ludzie sa cudownie piekni, pomocni i pachnacy.( z wyjatkiem komunikacji miejskiej w godzinach szczytu) 

Kelnerka zadzwonila do schroniska i zaklepala mi.miejsce a jakis siedzacy w kacie znudzony pan zaoferowal sie ze mnie zawiezie. 

W schronisku warunki iscie polowe ale nie wybrzydzam. Poznalam Jimiego i razem wyszlismy na kolacje. W pierszej jadlodajni zrozumialam co sie wydarzylo bo byl tam duzy telewizor i rozpoznalam Ronaldo na ekranie. 

Mundial

Portugalia grala z kims tam i zremisowala. Poznalam po jeku zawodu ze to niedobrze ze remis.

– o Polonia! Bednarek good, very good. 

– a.kto to.jest Bednarek? 

– Polski.pilkarz w klubie Porto, przeciez! 

– Aaaa.ja znam tylko Lewandowskiego

– lewandowski very good!

– ronaldo very good too. 

Jesc mi dali chociaz skonczyla mi sie gotowka a.nie mieli platnosci karta. 

Ta pilka to jednak.laczy ludzi.

Dziś juz szłam po strzałkach, co nie znaczy ze bez przygod:)

geografia: 3=

Fabiano okazal sie  uroczym kompanem. Zrobiliśmy ładnych parę kilometrów po nocnym Porto, bo zamykali nam kolejne przystanki. Na moście Luis I księżyc odbijał sie w rzece Douro. Ostatnią kawę wypilismy na jakiejs stacji benzynowej kolo trzeciej nad ranem.. Odprowadzil mnie do hostelu. Byl strasznie zawiedziony ze nie moze wejść ze mna:). A bardzo by chciał.

Zanim zasnelam dostalam jeszcze siedem milutkich smsow. 

Wstalam o 9.00 lekko ogluszona siegnelam po telefon. Przeczytalam komunikat ze pobral aktualizacje i chce restartu. Kliknelam bezmyslnie. Za chwile zażądał PINu.

Zly PIN

Zastanowilam sie , wpisalam i … zly PIN. OSTATNIA PROBA. 

Uswiadomilam sobie ze to nie przelewki. Wpiszę zly trzeci raz i zostane bez telefonu. Dotarlo do mnie ze Renata czeka na dowod zycia  a ona potrafi postawic na bacznosc straz pożarną i policje w całej Europie. 

1. Oddychaj

2. Mysl

Mam awaryjnie polski telefon, ale z taka umowa ze za granica grozi mi bankructwo jakbym miala go uzywac caly czas. Infolinia sieci nie pomogla, bo nie pamietalam jakiegos kodu do identyfikacji. Sztuczna pseudo inteligencja też nie. Zamiast na umowione sniadanie z Fabiano poszlam do salonu Vodafona w Porto. Zaproponowali portugalska karte. 

I wtedy przypomnialam sobie ze pin do : mam zapisany na kryminale niemieckim. Tak , robie czaaem notatki na ksiazkaxh. Tak, wiem ze mam przez to  specjalne miejsce w piekle. Zadzwonilam do opiekunki kota

– Lila, znajdz na polce taką zielona ksiazke z „Mörder” w tytule i chyba kogutem na okladce. W srodku na drugiej albo trzeciej stronie jest bazgroł. Cyferki. Jak znajdziesz wyslij mi prosze na ten numer –

Po kwadransie wyslala mi zdjecie. Wpisalam i UFF weszło. 

Pogrozilam w przestrzen piescia zlej godzinie. 

Przywitalo mnie kolejne siedem smsow od Fabiano. Od milego  „Bom dia” po rozpaczliwe „Daj znac ze zyjesz”. 

W srodkowych zdazyl mi wylozyc jak cudownie piekna jestem i jak bardzo sie nie mogl spac, nie mogl jesc ani miejsca sobie znaleźć, bo sie zakochal. 

Chetnie wierzę. Ja jestem latwa do zakochania. (Trudniej ze mna 5 lst wytrzymac:). Chociaz cynicznie nie nazwalabym tego od razu miloscia tylko erekcją:). 

Mnie lovebombing owszem rozczula ale nie na tyle zeby zapomniec w co gramy. Fabiano wpadl na pomysł ze przyjedzie do mojego kolejnego etapu i pokaze mi nocne Vila do Condo. Mezczyzna, ktory chce bzyknac to gotow jest na najwyższe poświęcenie. W skrajnych przypadkach gotow sie ozenic. 

Wyruszylam w trasę niewyspana i odurzona. Glownie spalinami, bo szlam wzdłuż dosc ruchliwej ulicy z google maps i troche probowalam Fabiano studzic a troche nie:).

Zrobilam z 18 kilometrow bo z Porto wyjechalam metrem. Pogoda okolo 25 stopni. W schronisku w pokoju mialam Niemke i dwie Slowaczki. Zadnych barier jezykowych. Niemka miala zmasakrowane stopy. Przekuwala bable i naklejala plastry. Ja, poza zmeczeniem, zadnych  szkod. 

Fabiano kusil. Wyslal mi nawet romantyczne miejsce gdzie pragnie mnie zabrac i dowody milosci u mych stop złożyć. Sprawdzilam ze to pol godziny samochodem od mojego schroniska i z zalem odpuscilam. Ale przyjaciolce sie pochwaliłam. 

– eh, moglam miec randke w Portofino i stchozylam 

– Portofino? W Portugali???

– Pol godziny dtogi stad! Na mapie widzialam – zapewnilam

– Portofino na 200% jest we Wloszrch. Ale moze sa dwa.

Zawahalam sie i sprawdzilam wiadomosci

– Ups! Przepraszam, to jednak jest hotel a nie miejscowość :))))))

– Taki detal:)

Co nie zmienia faktu ze moglam miec randkę w Portofino i stchorzylam. 

Dzień pierdoły

Pani Ka zwanej Paniką towarzyszy w domu córka znajomej, co oszczędziło mi ataku paniki, ale o tym później. (Właściwie czuję, że tą wyprawą zapracuje sobie na tytuł Pierdoły Roku drugi raz z rzędu i trzeba mi w końcu będzie ufundowac puchar)

Otóż wiecie, że na samolot do Porto o 15.00 sie nie spoźnilam. Ania warszawska obudziła mnie o  ősmej. Do 9.00 jeszcze pobarlożylam gadajac a potem zdążyłam zrobic zakupy, spakować się, wydać ostatnie dyspozycje i dwie godziny przed odlotem byłam na lotnisku. DWIE GODZINY! I dobrze, bo lotnisko jest duże i do bramki szlam 15 minut. Szybkim marszem. Połgodzinne opóźnienie przyjelam jednak z lekutką satysfakcją (i po co było mnie tak poganiać?)

Wiecie, że juz można przejść przez kontrolę z litrowa butelka wody? Chcialam wode wylać, zapytałam , gdzie mogę i powiedzieli, że nie muszę.  Ależ się zdziwiłam. 

W Porto wylądowaliśmy po 18.00 i ambitnie postanowiłam dojechac do hotelu komunikacją miejską i dojechałam. 

Tu jednak zaczyna się opowieść o tym jak  emocje odcinają człowiekowi rozum. A przypominam, że to ja jestem specjalistka od przegrupowania sił jak wali się plan. 

No to zapnijcie pasy. 

W miejscu, które wskazała nawigacja była ściana i owszem z drzwiami ale PIN, który dostalam nie otwierał tych drzwi.

 Wrociłam do rezerwacji, przejrzalam mejla z potwierdzeniem  i …”im bardziej Prosiaczek zaglądał do norki, tym bardziej Kubusia tam nie bylo”. Zatrzymałam parę, która wychodziła z budynku. Dziewczyna na szczescie okazała sie Ukrainka i wspólnymi siłami zajrzelismy do norki.  Znaczy w moj telefon.  Zle wpisałam adres. Wpisałam uważniej – 3 km do celu. Dziewczyna poradziła mi wzięcie Bolta, bo tanio. Usciskalysmy się na pożegnanie i wpisalam adres do apki Bolta. Samochód podjechał z konta zeszło 3,50 euro i wysiadam.  

Jak się okazało pod złym adresem. 

Bardzo uważnie wpisałam ponownie adres do apki Bolta. Dwoch kierowców nie podjęło wyzwania. Trzeci podjechał i zapytał litosciwie czy ja jestem pewna, że chce jechać tam gdzie mu system pokazuje. I pokazał mi trasę dookola  ronda. Powiedziałam że zupełnie nie, ze ja mam inna trasę i zrobiłam tak jak zawsze radziła mi mama. Rozpłakałam się.

Kierowcy zrobiło się żal sieroty. Wziął moj telefon, powiedział, że zawiezie mnie poza systemem tam, gdzie pokazuje moja nawigacja a ja mu zapłacę gotówką.  

– Cudownie! Tylko ja nie mam gotówki. 

– Nie szkodzi, podjedziemy do bankomatu, to cywilizowany kraj. 

Juz wiecie? Tak, bankomat odmówił wypłaty gotowki. 

– Przelewem zaplace, podaj mi numer konta, proszę 

„Transakcia nie może byc zrealizowana bo costam costam i dbają o moje bezpieczeństwo”. 

A czas leci. Zrobiła się 20.00. Wzięłam od kierowcy nr telefonu i przysięgłam że mu zapłacę za kurs jak tylko odzyskam kontrole. Zrezygnowany taksówkarz zawiozl mnie pod właściwy adres. Właściwy z cala pewnością, co potwierdził booking, dwa emaile i sztucznie inteligentny asystent.  

A PIN nie wchodzi. 

Godzinę pozniej byłam u kresu, telefon miał 8% baterii a ja miałam pierwsze objawy ataku paniki. Zadzwoniłam do corki. 

Lolka z zimna krwią i w punktach powiedziała mi co  robic

1. Oddychac

2. Naładować gdzieś telefon

3. Zadzwonić za pol godziny

Usiadlam na schodach wietnamskiej knajpy na przeciwko, po wietnamsku dogadałam się z kelnerka, za pomocą translatora. 

Kosmos wysłuchał. Drzwi mojego hotelu otworzyly się i wyszła przesliczna Hiszpanka. Dopadłam ją jednym susem. No może nie jednym ale szybko i w trzech językach jednoczesnie opowiedziałam jej swoja historie. 

Zajrzała do mojej rezerwacji. 

– Pani ma pokój na 15 czerca 2027- pokazała palcem

Nie zrozumiałam od razu

– No tak- potwierdziłam 

– A mamy 2026

Makao i po makale.

– Aaaaaaaha! Spłynęło na mnie olśnienie i zaczełam się śmiać 

Troche ją to skonfundowalo. 

– Prosze pani , ja w końcu rozumiem co się stalo i wiem co robić. Co za ulga!

Podziękowałam , wyściskałam i pol godziny później juz byłam 800 metrów dalej,  pod hostelem, ktory zarezerwowałam a jakże online siedząc na schodach i podążyłam za instrukcją.

Łatwizna.

Uspokoiłam córkę („święty człowiek, ta moja Lolka, święty czlowiek”), ogarnelam sie i postanowiłam wyjsc na miasto coś zejść. Nagle wszystko zrobiło piekne i przyjazne. Zadziałała karta do bankomatu. 

Na fali radosci napisalam do  Fabiano ( kierowcy) „znalazłam hotel i mam gotowke”. Teraz widzę jak to wygląda. 

„Spotkajmy się jutro pod katedra, bo mieszkam blisko”- dodałam 

„Ja tez mieszkam blisko, jadłaś kolację?  Może spatkamy się teraz?” – odpowiedział

” Juz jadłam , ale kawy się chętnie napiję” i wysłałam mu lokalizację. 

– To juz koniec mojego pecha- powiedziałam na glos a zła godzina zachichotała przelatując. 

c.d.n.

O intencjach

Jestem ateistka. Przynajmniej w takim potocznym rozumieniu. Nie jestem zwiazana z zadna religią, chcrzescijanstwo troche znam, bo.sie w nim wychowalam, katolicyzm wydaje mi sie wrecz odpychajacy. Wizja boga z kazdej religii jest mi.obca. ale mam pare watpliwosci, ktore ewentualnie jakims bytem transcendentnym moglabym sobie wytlumaczyc.

Nie musze. Moge nie wiedziec.

Nie mam problemu z tym ze czegos nie wiem i najbardziej unikam ludzi ktorzy wiedza wszystko.

Mowie o tym bo to pielgrzymka. PIELGRZYMKA. Do jednego z trzech najpopularniejszych miejsc kultu chrzescijan z calego swiata. Po Jerozolimie i Rzymie. Do Santiago idzie sie w intencji i pierwsza domyslna intencja jest ta religijna. Cel trekkingowy tez wydaje mi sie niewystraczqjacy, bo chodzic moglabym wszedzie. Szlakiem Orlich Gniazd bym mogla. Albo dookola stołu jak Dulski. Wybralam intencje duchowa, bo troche chcę dotknac zjawiska, doswiadczyc rytuału, cos przeżyć. Chcialam sobie troche pohandlowac z ewentualnym bytem transcendentnym i umowic sie na intencje.

Monika intencje wypisala mi drobnym maczkiem na karteczce. Z pokojem na swicie włącznie. Moj bog na uzytek wlasny nie ma takich mocy ale kartecKe Moniki zaniose.

Jeden z pacjentow po udarze umowil sie ze mną ze sie przylozy do rehabilitacji i za rok moze on pojdzie. W tej intencji tez ide. Niose intencje przyjaciolek i mialam ze trzy wlasne; ze zdrowia poprosze, ze milosci i ze pieniedzy. Dla corki, dla mnie i najblizszych.Ale przede wszystkim ide pelna wdziecznosci

Wiem , straszny banal. Ta wdziecznosc jakas taka na codzien niewygodna. Trud latwniej celebrowac. Przyzwyczailam się do tego co mam A mam. Corkę -ktora nie ćpa. Przyjaciolki- przekochane i zdrowia tyle ze moge isc. MOGĘ IŚĆ.

No to dzis jestem wdzieczna.

o „zawsze chciałam” i „kiedyś”

Idę na pielgrzymkę z Porto w Potugali do Santiago di Compostella. Zawsze chciałam ale planowanie to nie jest moja mocna strona. Ja lubię się podczepić pod plany innych:). No i tak sobie chcialam i chcialam latami. Aż tu nagle……w kwietniu zadzwonila Ania olsztynska (mam jeszcze w życiu Anię warszawską, Anię londynską i nawet sobie buty cztery lata temu kupilam! – wybuchnęłam entuzjazmem, bo ja zawsze wybucham entuzjazmem na wszelkie pomysły przyjaciółek. Im więAnię berlińską)

– Czesc… ja mam takie pytanie… bo synek jedzie w czerwcu do ojca na dwa tygodnie a nie wyjeżdzałyśmy nigdzie w tym roku… to ja mam pytanie… wiesz, ja zawsze chcialam iść na pielgrzymkę do Santiago… może byśmy poszly?

– Jasne! Ja jużksze wyzwanie tym bardziej – tylko… (niestety entuzjazm nie wystarcza, pojawiają się „ale” i „tylko”)… podaj daty a ja zapytam o urlop. Od razu mowię, że będzie trudno, bo plan urlopow na ten rok już jest przyklepany. – No dobra to 15 – 25 czerwca, zapytaj o urlop i zdzwaniamy się Kilka dni pozniej dorwalam szefową- Mam sprawę. Potężną. Urlop mi potrzebny w czerwcu. – A na sierpien pani wnioskowała- W sierpniu też potrzebuję i ten sierpniowy zostaje. – Plan mi pani chce rozwalic? Ja nie wiem, ja się muszę zastanowić. Ile i kiedy? – Ja wiem, że to kłopot, tak prawie w ostatniej chwili, ale ja na pielgrzymkę do Santiago chcę iść z przyjaciółką. Zadzwonila wczoraj…- Ojej! Ojejku! Naprawde?!- to było moje marzenie!- zapalila się- Niech pani idzie z nami – zaszarżowałam- Ojejku! Ja? Ja nie dam rady, nie z tym kolanem po wypadku i lata nie te. – Pani przeciez w moim wieku jest – zauwazylam przytomnie- Tak, ale pani jest odwazniejsza. Ja dam pani ten urlop. Trzy tygodnie pozniej miałyśmy pierwszy szkic wyprawy i mnóstwo obaw. Ja chciałam na żywioł, po taniości od schroniska do schoniska, jeść w przydroznych punktach. Ania miala zastrzezenia. Że ona woli porezerwowac noclegi, nie forsowac sie, moze przejechac jakis odcinek komunikacja. Czulam, ze moga byc spięcia. Kolejny tydzien pozniej Ania odwołala wyjazd. Nie da rady. Naprawde miala potezny powod. Czasem choćby czlowiek miał plan z marmuru wykuty to i tak może się cos zdarzuc. Jak u Voneguta. zmWysluchalam, zrozumialam pomyslalam – No trudno _ ale szkoda mi sie zrobilo pomyslu urlopu, tej calej nagromadzonej energii. Nie udalo mi sie nikogo namowic na ostatnio chwilę, wiec kupilam bilet w jedna strone do Porto, zarezerwowalam sobie pierwszy nocleg i mamroczac pod nosem jedna z moich mantr”Jakos to będzie, jeszcze nigdy tak nie bylo, zeby jakos nie bylo” postanowilam isc sama.

A co!

A nawet lepiej!

Bede szla w swoim tempie, bede isc ile zechcę, poukladam sobie w glowie, przemysle to i owo,

1. Mam dobre buty i skarpety

2. Jak najmniej bagazu: jedno ubranie na sobie, jedno na zapas jedno do spania.

3. Lekarstwa, plastry, krem ochronny

4. Recznik, pasta, płyn do mycia wszystkiegoWoda i w drogę.

Dzien 0

Mam wiarę w swoja kondycję, ale na wszelki wypadek postanowilam zrobic sobie dzien probny. Plan bym prosty: Wstac rano, pojsc 10 km do Ani Berlinskiej, wypic z nia kawe, wrocic i poobserwowac, co organizm na to?Wstalam skoro swit o dziewiątej pokrzatalam sie, zjadlam porzadne sniadanie i w pierwszych lepszych wygodnych spodniach, bluzie i z plecakiem juz o 12.30 bylam w bloczkach startowych. Do plecaka spakowalam poduszki zeby bylo szybciej, bo juz sama zauwazylam ze wpol do poerwszej to niekonoecznie „rano”.. Bawelniane majtki ktore nosze na codzoen nie atety sie nie nadaja. Spocilam sie tak ze do Ani doszlam mokra i lekko zatarta. Nogi luzik, ale rece spuchły. Doktor Gugl powiedzial ze to.normalne, trzeba od czasu do czasu ktorkie cwiczenie zrobic i nie będą puchnac. Deszcz mnie zlapal w powrotnej, wiec wstapilam do galerii. Trafilam grube reczniki plazowe bawelniane 100%, 100x200cm. Kupilam pięc . I szklana miskę. Przyda sie przeciez. Wrocilam zmoknieta, poteznie dociazona i ucpana endorfinami. Jeszcze na silownie polazlam ale juz tylko w saunie posiedziec. Nastepnego dnia czulam sie naprawde dobrze wiec optymistycznie patrzę na wyzwanie.

Dzis zaczyna sie kiedys.

lekcja polskiego

Mam (chyba po Mamucie) talent do absorbowania uwagi. Na lekcjach języka niemieckiego (siedem osób z siedmiu krajów) ja najczęściej jestem pytana o „jak to będzie po polsku?”. Wszystko zaczęło się od lekcji, na której opowiadaliśmy o urlopach i o tym, co robimy w czasie wolnym. No przecież nie mogłam nie powiedzieć, że jestem filmową świruską (Hitzkopf) i zawsze urlop spędzam na Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu. Takie małe miasteczko koło Szczebrzeszyna. Trochę ich wszystkich ogłuszyłam, bo doszli do wniosku, że polski jest fascynujący i bardzo trudny. Za to niemiecki jest łatwy (einfach):).

Myślę, że Melissa (nauczycielka) trochę mnie wykorzystuje, bo jak tylko zaczynamy piętrzyć trudności, to zadaje mi pytania:

  • a język polski ile ma przypadków w deklinacji?
  • a jak to będzie po polsku?

Postanowiłam broni mowy ojczystej:

Naprawdę wystarczy poprawnie wypowiadać samogłoski, żeby wyrazić naprawdę wiele:

O – wskazanie. Połączone z gestem znaczy „tu/tam jest wolne miejsce/toaleta/ szukana osoba itp”

Ooo! – podziw, zachwyt, aprobata, „Piękne!, Niezwykłe! Niesamowite!” Czasem „Jaka niespodzianka!”

Ooo? – „Doprawdy?” „Interesujące”

A – akceptacja. „Aha”, „Rozumiem”,

Aaaa – „Teraz dopiero rozumiem”

A? – „Powtórz, bo nie jestem pewna czy dobrze usłyszałam”

E! – Zwrócenie się do kogoś, zawołanie (niezbyt eleganckie)

Eee… – Standardowa odpowiedź na grzecznościowe „co słychać?”

I? – argument w dyskusji. Oznacza „To co mówisz, nie ma żadnego sensu i związku z sednem sprawy i nic z tego nie wynika”. Pytanie retoryczne.

Uuu – podziw, wyraz uznania, zwłaszcza jeśli dotyczy urody

Yyyy – dezaprobata, rezerwa, można tłumaczyć jako „Pieprzysz jak potłuczony, ale ci tego nie powiem, bo za mało się znamy”. Może być też traktowane jako niepochlebna recenzja kulinarna.

Jedna samogłoska a ile treści. Z dwuznakami to już w ogóle można obskoczyć rozmowy na większość tematów z filozofią włącznie: Pa, Ba!, Ał, Cii, No, Ta, As, Uf, Fu itd. Jak się do tego doda powszechne mniemanie, że im mniej ktoś gadatliwy tym mądrzejszy, to znając samogłoski i kilka sylab można uchodzić za erudytę.

Coś pominęłam?

my tu gadu-gadu

Mam komunikator gadu- gadu. Założyłyśmy sobie z koleżanką z pracy, żeby do siebie nie biegać z każdym drobiazgiem, bo siedzimy w dwóch pokojach. No i zaczęło się.

W profilu widać: Agnieszka , 49, Berlin. I zdjęcie. W ciemnych okularach:)

Zaskoczona byłam ilością zaczepek – od kilku do kilkunastu dziennie. Czas na mały bilans:

33% – to amerykańscy żołnierze na misji w Syrii, Iraku, Afganistanie, albo lekarze bez granic, architekci, inżynierowie również, tuż przed przejściem w stan spoczynku. Zwykle ojcowie samotnie wychowujący dzieci. Zakochują się od pierwszego wejrzenia i chcą natychmiast układać wspólne życie mimo bariery językowej i odległości. I chcą wysyłać miliony. Ale trzeba najpierw za przesyłkę zapłacić:). Proceder by nie kwitł, gdyby kobiety nie były spragnione słów: „kocham cię”, „jesteś piękna”.

33% – to młodzi ludzie szukający w necie mamy, sponsorki albo nauczycielki (nie nadaję się na żadną z nich). Przedział wiekowy od 18 do 30 lat. Zaczynają zwykle od „lubię starsze kobiety”. Spora grupa od razu zaczyna od wysłania zdjęcia penisa. Zaczęłam te zdjęcia zbierać. Może ktoś potrzebuje do badań, raportów, statystyk? Niektóre naprawdę lekarzowi raczej powinni wysłać.

Mnie naprawdę nie szokuje różnica wieku. To różnica kulturowa jest nie do przeskoczenia.

33% – to niestety … nie wiem jak nazwać, żeby nie było zbyt brutalnie. To mężczyźni, którzy nie czytają, nie myślą, nie mają pomysłu na zawiązanie znajomości, nie mają kompletnie nic do powiedzenia, niczym się nie interesują, nie dbają o siebie i na końcu się obrażają.

„Cześć, jak masz na imię?”, „skond klikasz?”, „ile masz latek?” – Latek! Serio. „Pogadamy? – O czym? – O wszystkim”. A ja zupełnie nie umiem rozmawiać „o wszystkim”. „Masz kogoś?”. „Masz więcej zdjęć?”. „Może się poznamy?”. Nieeeee…”Co porabiasz?”. Wrrr. Sadzę kurwa bratki!

Wszyscy pozostali, słowo daję, są zabawni, mili, inteligentni, interesujący, intrygujący. Mają ciekawą pracę, realizują swoje pasje, są otwarci na świat, elokwentni i czasem nawet nieżonaci. Mogliby przyprawić o zawrót głowy, gdybym sobie nie dopisała w opisie: „Feministka, ateistka i lewaczka”.

z czym do ludzi

Nowa ja. Właściwie stara ta sama ja, tylko wyraźniej. Wyszłam do ludzi i wracam do pisania.

Zaczęłam kurs języka niemieckiego. Taki zwyczajny, stacjonarny, dwa razy w tygodniu po dwie godziny. Grupa siedmioosobowa. Amerykanin Mark, informatyk, na oko 25 lat, w Berlinie od kilku miesięcy. Podróżuje po Europie. Bułgar przedstawiał się dwa razy ale trudne ma imię i nie zapamiętałam. Przyjechał z żoną i dziećmi, ma 40 lat, pracuje na budowie, jest osłuchany z językiem, ale boi się mówić. Leticia jest Węgierką, lat około 30, mieszka tu 8 lat (sic!) ale dopiero teraz zaczęła uczyć się niemieckiego. Pracuje w firmie angielskojęzycznej i jakoś nie miała presji. Jest jeszcze Julia – Włoszka, co zechciała Niemca. Julia jest w zaawansowanej ciąży i ciężko znosi upały. Jest też student reżyserii dźwięku, pochodzi ze Słowacji i jakaś młoda dziewczyna, która przeprowadziła się z Australii, ale nic więcej o niej nie wiem.

I ja. „Mam na imię Agnieszka, przyjechałam z Polski, mieszkam i pracuję w Berlinie od kilku miesięcy. Bardzo lubię to miasto, bo jest piękne i przyjazne. Mam córkę, ona jest już dorosła. Nie mam kota. Jeszcze”. Sabine – nasza nauczycielka, mówi piękną, wyraźną niemczyzną a niezrozumiałe słowa tłumaczy cała sobą. Musi być świetna w kalambury.

Czuję, że to dobry początek. Lubię początki.

Moja szkoła jest w dzielnicy, o której mówi się, że to galeria wywrócona na lewą stronę. Uwielbiam Friedrichshain.

Dzielnia kupiła mnie z marszu. Jest tu galeria, która na pierwszy rzut oka wygląda ja sklep mięsny z czasów zapadłego NRD. Przy bliższym poznaniu okazuje się, ze mięso i wędliny są pluszowe. Tu można galerię zwiedzić a nawet zrobić zakupy. Mój feministyczny tropiciel seksizmu wyłapał różną ofertę dla kobiet i mężczyzn i już nakładłam mentalny bagnet na broń, ale jednak nie będę się czepiać. W ofercie dla panów jest granat, dynamit i policyjna pałka. Oczywiście pluszowe.

https://aufschnitt.net

Nie mam do tego dobrej puenty.