o cenzurze

 

Wspomniałam, że kupiłam sobie książkę? Jeśli miałbym być precyzyjna to właściwie 5 książek, ale nie bądźmy drobiazgowi. Oglądałam wywiad w Tomaszem Raczkiem (uwielbiam, choć gustu filmowego nie podzielam) i to mnie natchnęło do kupienia „Pereł kina” cztery tomy a „Kinopassana” jakoś mi się tak sama dodała:). W wywiadzie Raczek opowiadał jak to jako początkujący dziennikarz przyniósł swój felieton filmowy Kałużyńskiemu, żeby ten go ocenił. I powiedział przy tym:

– No ja nie wiem, czy nie przesadziłem. To takie mało popularne refleksje, nie wiem czy nie powinienem złagodzić, żeby mi przez cenzurę przeszło.

A na to odpowiedział doświadczony starszy kolega:

– Panie Tomaszu, to nie jest pana zadanie. Pan ma pisać najlepiej i najszczerzej, jak potrafi, a potem bronić każdego zdania przed cenzurą ze wszystkich sił. Jeśli sam pan się zacznie cenzurować, to będzie pana koniec jako dziennikarza. Przestanie pan być sobą. Nie wolno panu tego robić.

 

Wiele razy słyszałam, że jestem odważna. To prawda, jestem. Ale nie dlatego, że się nie boję. Też mam w sobie takiego wewnętrznego cenzorka, który pracowicie podcina mi skrzydła i mówi (czasem głosem matki, czasem głosami znajomych a czasem moim własnym głosem) „nie nadajesz się”, „nie dasz rady”, „ośmieszysz się tylko”.

Staram się go pacyfikować i mówić „stop, to nie jest twoje zadanie”.

Kocham matematykę, bo jest nieubłaganie precyzyjna i poezję dokładnie za to samo.

O to chodzi jedynie, 
By naprzód wciąż iść śmiało,
Bo zawsze się dochodzi
Gdzie indziej, niż się chciało.*

Sparafrazowałabym Boccaccia: Lepiej próbować i żałować niż żałować, że się nie spróbowało. Nie namawiam, żebyście zaraz rzucali męża, pracę, palenie i ojczyznę, mówię tylko, że żadnej z tych rzeczy nie żałuję, choć wszystkie inaczej sobie wyobrażałam.

Ale tak naprawdę to nie chodzi o odwagę ale o determinację. To nie odwaga a determinacja pomogła Jaśkowi Meli zdobyć oba bieguny w jednym roku. To determinacja pozwoliła Martynie Wojciechowskiej wleźć na Mont Everest niespełna dwa lata po złamaniu kręgosłupa i to dzięki determinacji 85 letni Hiromu Inada ukończył w zeszłym roku Iron mana czyli przepłynął prawie 4 kilometry, przejechał na rowerze 180, przebiegł 42.

Gdy wyprowadzałam się od męża moje miesięczne zobowiązania przekraczały o 280 zł moje wynagrodzenie. Wybrnęłam. Kilka lat później mój pomysł na własną działalność zakończył wpadnięciem w spiralę zadłużenia i stanami depresyjnymi. Kiedy wyprowadzałam się do Olsztyna miałam prawie 30 tysięcy długu i wciąż dziecko na utrzymaniu. Wybrnęłam. Berliński gambit to doprawdy fraszka igraszka w porównaniu.

Jak się bardzo chce, to można. Tylko, żeby nam się chciało chcieć.

 

Moja firma szuka dwóch osób do zarządzania trzema hostelami. Trzeba ogarnąć recepcję i cztery osoby personelu. Praca na zmiany za całkiem przyzwoitą stawkę. Zadzwoniłam do jednej z dziewczyn, z którymi pracowałam. Mieszka tu od 6 lat i pracowała w różnych hotelach jako pokojówka. Znam ją, jest bystra, energiczna i dałaby radę śpiewająco i w podskokach. Zarobiłaby prawie dwa razy więcej niż przy sprzątaniu.

– Jest taka oferta – mówię

– Ale coś ty! Ja nie dam rady. Nie nadaję się do zarządzania – to była pierwsza reakcja

– Przyjdź, zobacz, porozmawiaj, co ci szkodzi? – namawiałam – najwyżej się nie zdecydujesz

– Ok, to odezwę się.

Dziś dostałam SMS, że niestety nie będzie miała dnia wolnego, żeby przyjść. Nie drążyłam, ale coś mi podpowiada, że jej wewnętrzny cenzorek wygrał.

 

*Leopold Staff, gdyby ktoś miał akurat zaćmienie

 

zakupy

Dostałam premię, której się zupełnie nie spodziewałam. A że ostatnio wydawałam pieniądze na rzeczy niezbędne do życia, to wyhodowałam sobie węża w kieszeni. Oczywiście każdy ma jakiś zakres „niezbędnych do życia” i mnie się tam ciągle mieszczą filmy i książki a zupełnie nie ma tam miejsca na ubrania i kosmetyki. Dziury do załatania żadnej nie mam, nawet mam drobną nadwyżkę na koncie więc postanowiłam premię rozpizgać na głupoty. Miałam też motywację, żeby polatać po sklepach, bo obiecałam przyjaciółce perfumy i informacje czy w Berlinie są wyprzedaże.

Otóż biednie z tymi wyprzedażami. Wolałabym, żeby było inaczej, bo miałaby dodatkowy powód, żeby do mnie przylecieć, ale niestety. Owszem widać tu i owdzie jakiś szyld, że przecena, ale jeszcze na posezonową akcję to nie wygląda.

 

Wczoraj kupiłam sobie szczotkę do włosów, figi, śliwki i orzechy. Czyli skromniutko. Nic nadzwyczajnego. Dziś zdecydowałam, że nie może tak być, żebym ja nie mogła sobie przyjemności zrobić! W końcu motto w kalendarzu zobowiązuje. Trzy największe centra handlowe obleciałam. Tłum ludzi, gorąco w kurtce, niewygodnie z kurtką w ręce. Muzyka wwierca się w mózg i wszędzie ludzie. Przymierzyłam jedne szare spodnie i zielony sweterek. Na wieszaku wyglądało prześlicznie. W przymierzalni okazało się, że nie jestem wieszakiem a światło w połączeniu z zielenią sweterka przypomniało mi, dlaczego nie lubię horrorów. Nic więcej mi nie wpadło w oko. Do rozpizgania premii podejście drugie prawie skończyło się płaczem. Na szczęście zgłodniałam od tego łażenia. Poszłam sobie do włoskiej restauracji, zamówiłam i mnie olśniło.

Przyjemność.

To przyjemność miała być celem. Kupowanie ciuchów nie sprawia mi przyjemności. Nigdy więcej! Ot tak sobie bez konkretnego planu, to ja mogę po sklepie ogrodniczym latać między roślinkami i doniczkami. W każdym innym brakuje mi tlenu.

W restauracji podjadając sałatkę i popijając ją piwem (a co!) wydałam premię na zakupy przez internet. I tak to!

 



odżywam

Muszę chyba posłać kwiaty firmie, która mnie ściągnęła do Berlina. Za to, że mnie wyciągnęli z Olsztyna i za to, że mnie nie jednak nie chcieli. Po niespełna dwóch tygodniach w nowej pracy czuję cię potrzebna i doceniona. Jest to niewielka firma. Szef apodyktyczny, wizjoner, ale odpowiedzialny i inteligentny. Brat i wspólnik szefa rzadko bywa w siedzibie, bo ogarnia teren. Kathy asystentka, prawa ręka, człowiek – orkiestra no i ja – kobieta od cyferek i wszystkiego, co można z nimi zrobić. Już wam powiem, że niezły z nas team.

Wróciłam do notek z początku września i widzę, że nie ma porównania. Tam po tygodniu byłam sfrustrowana. Fakt, że głównie tym, że nie mam co robić:).

 

Na fali energii, zapisałam się na wycieczki po mieście i inne spotkania organizowane przez Goethe Institut dla tych się uczą języka. Mam taką przypadłość, że im mniej mam czasu tym lepiej jestem zorganizowana. Jeszcze tylko ta wiosna.

Na kalendarzu na ten rok wygrawerowałam sobie : Dzień dobry, kocham cię!

A co Wy macie na kalendarzach?

 




praca czyli zwrot akcji

W Berlinie jest praca. Naprawdę. Można znaleźć z dnia na dzień. Jak mi firma, do której przyjechałam, wyrwała dywanik spod nóg, to jeszcze w locie umieściłam swoje CV na portalu pracowym (w Polsce). Dostałam niemal natychmiast dwie oferty. Jedna z biura rachunkowego w Warszawie a druga z firmy szkoleniowej, z którą współpracowałam wcześniej. Mogłam się przeprowadzić do Warszawy i mieszkać z spt:), ale gdzieś podskórnie czułam (i nadal czuję), że ten Berlin jest po coś. Pojechałam na spotkania i szkolenia wzięłam a w biurze podziękowałam. Był koniec września a ja wciąż emocjonalnie na pełnej petardzie.

Miałam za co żyć i miałam czas. Policzyłam, że bez pracy kasy wystarczy mi do lutego nawet nie licząc tych złotówek, które dostanę za szkolenia.

Musiałam tylko stworzyć plan B.

No dobra, planu nie mam, bo nie jestem w tym dobra, ale mam dwa postanowienia:

  • nie wyjadę stąd nie znając perfekcyjnie języka, w końcu mam na wyciągnięcie ręki milion native spekerów. Tylko łapać i gadać.

  • Ja wam jeszcze pokażę! To postanowienie jest uniwersalne i wraca do mnie zawsze jak coś się wali. Tak naprawdę to „wam”, to nikt konkretny. Trochę moja matka, trochę ci, którzy mi nie kibicują, ale najbardziej ja sama.

Pracę bez znajomości języka można znaleźć z marszu przy opiekowaniu się starszymi ludźmi. Całkiem przyzwoicie płatną, bo około 1500 euro miesięcznie właściwie na czysto, z mieszkaniem i jedzeniem za darmo. Ofert jest bardzo dużo i właściwie odpowiadają na każde zgłoszenie. Polskie firmy, które zajmują się organizacją takiej pracy, oferują kontrakty na minimum miesiąc z mieszkaniem u podopiecznego. Praca jest wymagająca i kto nie miał doświadczeń z opieką nad chorą osobą, niech się nie pcha. Ja nie chciałam rezygnować z mojego mieszkania no i  miałam zobowiązania szkoleniowe w weekendy.

Drugi rodzaj ofert to praca w rozmaitych magazynach, metkowanie, pakowanie i tym podobne. Stawka za godzinę od 10 do 12 euro brutto. Odpowiedziałam na parę ogłoszeń, ale bez odzewu i nie wiem tak naprawdę, czy łatwo taką pracę dostać czy nie.

No i trzecia branża, gdzie pracy w bród to szeroko pojęte sprzątanie. Stawki rożnie od 9 do 12 euro za godzinę. Kojarzyło mi się z ciężką praca fizyczną i miałam świadomość, że ja sprzątać nie umiem.

Dla znających język mnóstwo jest ofert dla budowlańców, kierowców każdej kategorii i fachowców we wszystkich branżach. Niemal w każdym większym markecie szukają sprzedawców.  

Jak mi nieco opadła adrenalina i wkurw, to popadałam w apatię i całymi dniami nie robiłam nic. Po trzech dniach w domu, uświadomiłam sobie, że jak nie wyjdę byle gdzie, to się zapadnę.

Napisałam ogłoszenie na forum „mieszkam w Berlinie, jeszcze nie znam niemieckiego, szukam pracy”. Odezwały się trzy firmy sprzątające, dwie szukające opiekunek, jedna oferta od pana, który „często bywa w Berlinie” i płaciłby mi za możliwość zatrzymania się u mnie „z bonusem” (sic!) i napisała do mnie jedna dziewczyna z „hej, sprzątanie w hotelu, może być od jutra, zadzwoń jeśli jesteś zainteresowana”. Zadzwoniłam i to było coś dla mnie w tym momencie.

Hotel trzy-gwiazdkowy, sześć pięter, pięć dziewczyn (ze mną włącznie), wszystkie Polki. Pracowałam 5 dni w tygodniu od 3 do 6 godzin dziennie. Stawka 10 euro za godzinę, ale z zastrzeżeniem, że mam sprzątać 3 pokoje na godzinę. Nie było ciężko, chociaż na początku zbierałam za to, że jestem powolna. Dziewczyny szybko nauczyły mnie jak sprzątać „sposobem”. Oszczędzę szczegółów. To nie była wymarzona praca, ale zmusiła mnie do wyjścia z domu, regularnych posiłków (miałyśmy obiad w pakiecie) i nauki. Napiwki były miłym dodatkiem.

Dziewczyny, które poznałam pracowały tak od lat. Znały język, miały tu partnerów i dzieci a ta praca nie zajmowała im dużo czasu. Przepracowałam prawie trzy miesiące. W tygodniu byłam pokojówką w hotelu a co drugi weekend w Warszawie cenioną specjalistką od kadr i płac. Trochę mnie bolało zdeptane ego, ale w gruncie rzeczy byłam z siebie naprawdę dumna.

Przed świętami w grudniu poinformowano nas, że hotel niedługo zmienia właściciela i nie wiadomo czy nowy nas zatrudni. Nie nas pojedynczo, tylko firmę sprzątającą, dla której pracowałam. Dostałyśmy listę obiektów, na które mogli nas ewentualnie przerzucić i czekałyśmy na informację.

Przeglądając ogłoszenia trafiłam na takie, gdzie polska firma budowlana z siedzibą w Berlinie szukała księgowej. Poszłam na spotkanie i dostałam tę pracę. Cztery dni w tygodniu po 10 godzin od poniedziałku do czwartku za przyzwoite pieniądze. Na razie na okres próbny, więc trochę się boję tryskać entuzjazmem, ale już mogę powiedzieć, że zespół mały, zgrany, pracę wykonuję sensowną i czuję się potrzebna.

Mogę chyba ogłosić zwrot akcji. Dałam radę.

 



ja i moje jestestwo

Jak człowiekowi źle, że jest cholernym egoistą. A ja wam właśnie miałam napisać, że

„nie jest dobrze” (w nawiązaniu do starej anegdoty)

ale to nie tak.

Owszem  nie jestem w olimpijskiej formie.

Zima, stres i niespodzianki sprawiają, że się zapadam. Nie potrzebuję rady, bo ja naprawdę dokładnie WIEM, co robić. Tylko nie mogę zacząć. Potrzebuję słońca i ruchu. Wyszłam dziś z mentalnej gawry i wykonałam parę zaległych telefonów. I tak od słowa do słowa kszątając się po kuchni z telefonem zrobiłam bigos.

Ale jaki! Doskonały! Choć muszę przyznać,  że raczej nietradycyjny. Czymś go doprawiłami niestey nie pamiętam czym, o proporcjach tym bardziej nie pamiętam. Kwadrans spędziłam w przyprawach żeby wyczuć, co też ja sypnęłam.

Plusy sa dwa.

– bigos

– i uświadomienie sobie, że ja to wciąż ja.

Reasumując DOBRZE JEST.

 

raporcik

Krótko, bo muszę przygotować prezentację na zajęcia. Nie lubię robić prezentacji, bo i tak się ich nie trzymam, ale muszę. Takie odkładanie ma pewnie jakąś nazwę w psychologii. Już mi wpadło do głowy, żeby okna umyć, więc poziom niechęci wysoki. Pomyślałam więc, że się zamelduję.

– mieszkam nadal w Berlinie i radzę sobie.

Praca to dłuższy temat i na inną okazję.

– trochę mi pusto, ale nieprzesadnie

Byłam wczoraj na randce w ciemno, bo oprócz wiary w miłość wierzę w statystykę. I w matematykę. Żeby wygrać trzeba grać i chyba parę żab pocałować:). A tak poważnie to pomyślałam, że trzeba wyjść do ludzi i zacząć ich poznawać. Randka okazała się sympatycznym facetem, ale zupełnie z innej bajki. Spędziliśmy fajny wieczór w jakimś przypadkowym klubie z muzyką na żywo, napiliśmy się piwa i rozeszliśmy grzecznie do domów.

– zima nie pomaga, ale witaminę D3 biorę

Trudne okresy w życiu weryfikują przyjaźnie, prawda? Słowo daję, będzie dobrze w biografii wyglądało:)))

Zdrowa jestem.

 



Katar

Dziś rano zrobiłam herbatę i zorientowałam się, że zupełnie nie mam na nia ochoty. Jestem zdrowa. Po siedmiu dniach katar odpuścił. Gdybym się nie leczyła to kto wie, mógłby trwać nawet tydzień!

W ciągu tych siedmiu dni wypiłam 30 herbat (saszetki łatwo policzyć), zużyłam 1/3 słoja miodu, dwie garście imbiru, nie wiem ile kurkumy i pieprzu, oraz trzy  litry mleka kokosowego.

 

kto powiedział, że martwe?

Mówi się „złośliwość rzeczy martwych”. Rozumiem, że to „martwych” oznacza nieżywych i to w bardzo wąskim rozumieniu życia jako jednej z form istnienia białka. Moje wszystkie postaci fikcyjne żyją, nie ośmieliłabym się Mamuta nazwać „martwą” i jestem w bardzo żywej i dość zawiłej relacji z gogle maps a konkretnie z funkcją wyznaczania trasy. A dziś pokłóciłam się z mikrofalówką. Niestety miała rację i musiałam przeprosić. Dwa dni robiłam jej wyrzuty, że mogłaby się doprawdy postarać. Kawę mi ledwie ciepłą wydała, płatki też  i już miałam strzelić focha, kiedy nie wytrzymała i mi napyskowała.

– Weź nie świruj!

Otóż w niedzielę rozmrażałam w niej kurczaka (nigdy więcej mrożonych kurczaków, nigdy) i zapomniałam przestawić funkcję. Ona nawet była zdziwiona że ja chce kawę rozmrażać, ale nie oponowała, bo ona mnie traktowała jak dorosłą.

– Czy jest w domu ktoś dorosły?

– Tak, mikrofalówka.

tymczasem

Byłam w galerii handlowej, żeby kupić klawiaturę, bo swoją wyrwałam dziś z mięsem z kabla. Wyszło nawet taniej niż w Polsce, tylko układu znaków będę się musiała na pamięć nauczyć. Byłam pewna, że nie umiem pisać bezwzrokowo a jednak potykam się tylko na znakach specjalnych. No i mogę pisać siedząc w łóżku:).

Przy okazji mierzyłam spodnie.Uczcijmy to minutą ciszy.

 

 

Niestety nie mieszczę się jeszcze w 38, optymizm mnie nieco poniósł. Prawdę mówiąc nie pasuję do spodni w żadnym rozmiarze. Gdzie ludzie kupują spodnie? Chyba muszę znaleźć swoją markę i się jej trzymać. Niech to będzie rozmiar dowolnie nazwany tylko PROPORCJONALNY poproszę. Ja nawet jak się pasę i nabieram kilogramów to one mi się rozkładają w miarę równomiernie. Znajome mi kobiety (pomijając przypadki związane z chorobami) też tak mają. Nie potrzebuję w spodniach miejsca na brzuch, za to przydałoby się go nieco na tyłek. Nie mierzyłam tył-na-przód. Sprawdziłam.

Pogoda mnie dziś zmusiła do schowania roweru do piwnicy. Czekam na wyprzedaże posezonowe w sportowym i jakoś tak po Zaduszkach powinny się zacząć promocje świąteczne. Ubiorę się ciepło i wrócę na rower. Bezbłędnie zrobiłam dziś zakupy i zjadłam obiad na mieście. I zajrzałam do google tłumacza tylko raz, żeby sprawdzić jak jest „bezprzewodowa”. Tak naprawdę frustruje mnie to, że tak pooowoooli przychodzi mi ten język. Chciałabym szybciej. 

 

(15-16 grudnia będę w Poznaniu)

psyche i soma

Żeby się w Berlinie poczuć komfortowo, potrzebuję fotela. I klawiatury bezprzewodowej, ale to akurat drobiazg, kupię sobie przy następnej wizycie w Warszawie. W kuchni mam dwa stołki i wygodne miejsce do jedzenia. Gazetę można przejrzeć ale czytać się nie da. W pokoju mam łóżko i mogę się położyć, ale leżenie sprawia, że organizm przechodzi w tryb relaksu i niechętnie wydatkuje energię. Nie mam miejsca gdzie mogę funkcjonować na normalnych obrotach.

Na przykład tę notkę piszę siedząc na podłodze z klawiaturą na kolanach. Na dłuższą metę, tak się nie da. Szukam więc fotela – wygodnego, ale takiego, który mi kieszeni nie zrujnuje. Pojechałam wczoraj do Ikei po inspirację i zabłądziłam w sklepie.

Lolka zawsze powtarza, że mózgi są głupiutkie i ja jej wierzę. Mózg nie odróżnia prawdziwego zagrożenia od wyimaginowanego. Mózg idzie za instynktem i działa. Ludzie różnie reagują na stres – mnie paraliżuje i siada mi kręgosłup. Dwa razy w życiu doprowadziłam się do stanu niemal inwalidztwa przepracowując się i ciągnąc te wagoniki jak Łysek z pokładu Idy. Potem poszłam po rozum do głowy i zaczęłam obserwować swoje ciało. Ono naprawdę sporo mówi i odwdzięcza się, jeśli się go słucha. Kiedy się zorientowałam, że trzeci raz wracam w to samo miejsce poczułam lekkie mrowienie w łydkach. Przy czwartym razie wlazło mi jakieś świństwo w kark i prawie spanikowałam. Chciałam zapytać o drogę, ale zapomniałam języka w gębie i uświadomiłam też sobie, że mam rozładowany telefon.

W karku odkłada mi się strach. Ciało mi mówiło „Boję się”. Wdrożyłam procedurę odzyskiwania kontaktu z moim racjonalnym „ja”.

Usiadłam. W pierwszym fotelu, jaki mi się napatoczył.

Wzięłam kilkanaście głębokich oddechów.

„Nic mi nie grozi, nie ma się czego bać. W absolutnie najgorszym razie, ktoś się mną zainteresuje przed zamknięciem sklepu i mnie wyprowadzi”- pomyślałam. Uspokoiłam się i przypomniałam sobie, że zapytać o drogę mogę w czterech językach. A nawet w sześciu, tylko w tych pozostałych dwóch nie zrozumiałabym odpowiedzi:). Zauważyłam też że umiem czytać i rozumiem znaki oraz słowo „exit”. Wyjście znalazłam dwie minuty później.

Jeśli komuś wydaje się dziwne, że można WIEDZIEĆ jedno a CZUĆ zupełnie coś innego, to poczytajcie sobie o TYM MOśCIE. Oczywiście przejście tego mostu wpisałam sobie na listę rzeczy do zrobienia .

Dziś zostałam okradziona i zrobiło mi się od razu lepiej. Nie, nie pomyliłam się. Naprawdę lepiej. Jechałam po chleb (trafiłam znakomity chleb, który czerstwienie a nie pleśnieje i w dodatku jest smaczny) i miałam na rowerze koszyk a w nim baterie, odblaski i bluzę oraz torbę z butelkami plastikowymi do recyklingu. Tutaj niemal w każdym sklepie spożywczym można oddać butelki i nawet dostać za nie kupon na jakieś centy. Bardzo mi się to podoba. Segreguję śmieci od kilku lat i zawsze najwięcej kłopotu sprawiały mi plastiki, a tu po prostu idzie się z butelkami po zakupy. Ostatnio dostałam kupon na 1,25 euro za chyba pięć butelek. Dziś miałam jakoś podobnie. Po drodze zmarzłam z ręce, więc wstąpiłam do galerii żeby kupić rękawiczki. Kupiłam, wychodzę a tu nie ma butelek. Wszystko inne zostało, nawet torba, w której były. Poczułam, że ja jestem w naprawdę w dobrej sytuacji.

 

Będę w bardzo dobrej, jak już zorganizuję sobie fotel. Mam już meldunek, numer identyfikacji podatkowej, wybrałam kasę chorych. Powoli zaczynają mi spływać odpowiedzi na moje rozesłane CV. Jestem dobrej myśli.