epitafium dla Danki

Nie mam dużo takich osób, które wpłynęły na moje życie. Nie mówię o przyjaźni czy miłości, bo  te mnie motywują do życia, dodają mi skrzydeł ale niekoniecznie zmieniają. Niektórym osobom zawdzięczam to, kim jestem i jak się definiuję. Danka była przez kilka lat moją  szefową. To ta, co dała mi pracę, chociaż nie miałam ani wiedzy ani doświadczenia. Uwierzyła we mnie, bo tak. No i jeszcze dlatego, że jestem numerologiczną jedynką:))).  Nauczyła mnie pokory w ocenianiu innych. Nauczyła mnie też iść za tym czego CHCĘ a nie za tym, co zdaniem innych POWINNAM. 

Mówiła „Nie jojcz, nie szukaj winnych, nie oczekuj, że coś się zmieni „samo”, tylko popraw koronę i zapierdalaj”.

Nie zdążyłam jej podziękować.      

Miała zaledwie 55 lat.  

ja i te moje „przypadki”

„Nie znam nikogo homoseksualnego. U nas na wsi takich nie ma. To jakaś moda z zachodu, bo skąd się oni biorą”

„Nie znam nikogo, kto adoptował dziecko. Podziwiałbym bardzo, do tego trzeba odwagi.”

„Nie spotkałem/nie spotkałam się z dyskryminacją kobiet. Może gdzieś w krajach trzeciego świata, gdzie kobiety nie maja praw, ale u nas jest przecież równouprawnienie”

„Aborcja? Po co? Przecież jak się nie chce dziecka to można się zabezpieczyć albo seksu nie uprawiać. Proste!”

„No weź przestań z tą zmianą płci! A jak sobie ktoś wymyśli, że jest słoniem, to mu trąbę doszyjemy?”

„Dzieci i ryby głosu nie mają. Od klapsa jeszcze nikt nie umarł”

„Przemoc w rodzinie! Nie żartuj. To ja już nie mogę od swojej kobiety seksu wymagać? A „obowiązek małżeński”? Mówi ci to coś?

„Ateizm to też wiara. Wiara w nieistnienie boga. Przecież nie ma dowodu, że nie istnieje”.

A wydawałoby się, że w tym samym środowisku żyjemy, tę samą ojczyznę matkę ssaliśmy, kultura (?) ta sama, językiem tym samym (?) mówimy.

Nie, nie, zdecydowanie odżegnuję się od wspólnoty.

 

podstępna edukacja

Ludzie lubią sobie poprawiać samopoczucie i przysłaniać własne kompleksy przyklejaniem łat innym. Amerykanie – głupi; Rosjanie – dzicz a Mypolacy – męczennicy. Chrystusem narodów jesteśmy.  

Krzywdę nam Mickiewicz zrobił. Może nie tyle sam Mickiewicz, bo naprawdę lubię jego twórczość (wszyscy się jednak zgodzimy, że Słowacki był lepszy?), co system edukacji, który z uporem godnym lepszej sprawy robi nam transfuzję krwi z ideologicznego trupa. Kiedy odwagą było zachowanie swojej tożsamości, języka, pamięci o historii, polscy wielcy romantycy byli wielkim wsparciem. Dziś, kiedy trzeba z historii wnioski wyciągnąć, my zupełnie historii  nie znając, wierzymy w swój nieskalany naród. Zapominamy, że nie ma czegoś takiego jak naród, są tylko jego przedstawiciele. Wśród moich znajomych i przyjaciół o dwóch  osobach mogę powiedzieć bez cienia wątpliwości, że są szlachetne i bezinteresowne. Reszcie(włącznie ze mną) do altruizmu i chęci poświęcania życia daleko. Spora część (mam nadzieję, że ja nie, ale pewności nie mam) poświęciłaby życie innych w imię mniej lub bardziej pokrętnych przekonań. 

Miałam takiego znajomego, który zupełnie poważnie powiedział, że ma pozwolenie na broń i nie zawaha się jej użyć na uchodźców. Dodał też, że „nie będzie mnie bronił, jak mnie będą gwałcić, bo sobie zasłużyłam. Chrześcijańskich wartości będzie bronił.” I to niemal na jednym oddechu. Bogini mnie na szczęście ustrzegła przed chrześcijańskimi wartościami.

To tak w nawiązaniu do Tokarczuk.
I do istnienia art. 133 w kodeksie karnym.

Uważam, że w szkolnym kanonie lektur dawno należałoby romantyczny mesjanizm  Olgą Tokarczuk i Wojciechem Tochmanem zastąpić.

Kancelaria Koszmarna (polecam) napisała jakto niesprawiedliwie w polskich sądach rodzinnych faceci dostają w dupę. Wie, co mówi, bo ma doświadczenie i prawo do wkurwu. I mnie to też denerwuje, bo widzę, że w społecznym rozrachunku a nie tylko w statystykach sądowych cała odpowiedzialność za dziecko spada na kobietę. Polskie dzieci nie mają/nie potrzebują ojców.

Za to rola matki urasta do roli MATKI.

I wracam do edukacji. Zastanawialiście się kiedyś, skąd ludzie biorą poglądy? Ja swoje gromadzę i wciąż weryfikuję odkąd umiem czytać. To już ze czterdzieści lat będzie i  wciąż mam wątpliwości. Skąd się biorą te identyczne „własne zdania” wypowiadane bez refleksji przez wielu ludzi chórem. Przyjaciółce, która mówi „że każdy terrorysta to Arab” wybaczam, bo wiem, że tego zwyczajnie nie przemyślała i nie wie, że powtarza jako własne stworzone przez kogoś hasełko tyleż nośne, co nieprawdziwe. Ale jeśli Jerzy Hoffman w debacie publicznej mówi „nie każdy muzułmanin to terrorysta, ale każdy terrorysta to muzułmanin” to jest to kłamstwo  i mowa nienawiści.  I taki Hoffman i inni reżyserzy tworzą filmy podszyte swoimi poglądami i podają na tacy widzom, żeby brali jak własne. 

Oglądam „Przyjaciółki” przepraszam. Oglądam tylko dla Jerzego, którego postać uwielbiam i chciałabym być z takim facetem. Dla mnie ideał. Reszta ledwo daje się znieść, głównie ze względu na scenariusz. Z jednej strony super, że film promuje kobiecą przyjaźń, ale ta rola MATKI! Zęby bolą. Patrycja nie decyduje się na aborcję, chociaż ciąża zagraża jej życiu. Really? To ma być ta normalna dziewczyna?  I to w sytuacji, kiedy mogła adoptować dziecko??? Really? Zuza nie decyduje się na aborcję, chociaż bardzo nie chciała być matką. Inga nie pomyślała o aborcji chociaż podejrzewała, że jest w ciąży z gościem, który miał być przygodą na jedną noc. I co na to przyjaciółki? „Może się oświadczy”. No litości! To mam być ten „wiarygodny scenariusz”?

Postaci są pełnokrwiste, sytuacje z życia wzięte, oparte na prawdziwych relacjach. „Mam 41 lat, swoje przeszłam, różnych rzeczy doświadczyłam. Postaci nie są mi obce: byłam singielką Zuzą. Martwiłam się, czy zdążę mieć dzieci, jak Patrycja, a teraz nie wyrabiam się z czasem, jak Anka,  gospodyni domowa z dwojgiem dzieci. Tylko, odpukać, jeszcze nie rozwodziłam się, jak Inga. Wokół, niestety, sporo okazji do obserwacji”, mówi scenarzystka Beata Pasek.

To nie ma się co dziwić jak  w najpopularniejszych serialach widzimy samych koszmarnych tatusiów i same MATKI, to jak tu w życiu facetowi ufać i dziecko mu powierzyć. To ja już naprawdę wolę amerykańskie duchy i demony niż rodzime „prawdziwe relacje”.

Z drugiej strony mamy wysyp rozdrapów z toksycznymi matkami (cała twórczość Dolana, „Sierpień w Hrabstwie Osage”, „Pieta” czy ostatni film Magdaleny Piekorz) moim zdaniem znacznie bliżej życia niż laurki pełne patosu. Ale serial łatwiejszy. I ma większą siłę rażenia.  Mężczyzna w opinii społecznej może sobie być kim chce, tatą przy okazji. Odpowiedzialność za dziecko może wziąć  „od środy do piątku między 16.00 a 18.00”. Kobieta jak zostaje matką, to zostaje MATKĄ na dwa etaty.

A jak nie? Pierwsze słowa jakie dziennikarz Piotr Pacewicz mówi do Marty Kaszubskiej to „Masz 35 lat. Normy mówią, że czas na dziecko”. Naprawdę, to było najbardziej interesujące w kobiecie, która wróciła z Nepalu po trzęsieniu ziemi??? Może jeszcze zapytałby jaką ma na sobie bieliznę?

A potem sądy przyznają opiekę nad dzieckiem kobietom czy te chcą czy nie chcą, czy się do tego nadają a nawet jak się kompletnie nie nadają. 

I nie mówicie mi, że mój feminizm to czepialstwo, że mamy poważniejsze problemy, niż parytety, żeńskie końcówki, stereotypy w serialach, czy test Bechdel w filmach. Pewnie mamy, ale one biorą się między innymi stąd, że przymykamy oko na stereotypową medialną papkę, którą nasiąkamy i traktujemy jak swoje poglądy.



aktualności

Tak dawno nie pisałam, że mi reklamę na blogu wcisnęli, jak widzę. Jednych absorbuje pies, innych szydełkowanie a mnie oczywiście filmy. Jesień przyszła tak zachwycająca kolorami, że kupiłam sobie włóczkę w jej kolorach, podglądam i komponuję jakieś poncho. Jak skończę to się pochwalę. Jak nie, to nie:).

Lolka chciała skorzystać z praw obywatelskich i poszła do urzędu miasta w Gdańsku, żeby się dopisać do listy wyborców. W urzędzie super nowoczesny numerkowy system zarządzania kolejką. Nie będę kląć tylko powiem, że straciła w kolejce dwie godziny i odpuściła, bo zanosiło się na kolejne dwie. Nie dlatego, ze był dziki tłum petentów, tylko dlatego że było mnóstwo „pustych” numerków, które trzeba było przeczekać.

Nie, nie można było wejść na pusty numer, bo „się bałagan zrobi”.

Lolka rzadko płacze, ale puściły jej nerwy w bezsilnej złości. Zadzwoniła do mnie. Poszłam do olsztyńskiego ratusza, do którego jeszcze nie dotarła nowoczesność, odebrałam w imieniu córki zaświadczenie o prawie do głosowania i wysłałam priorytetem. Jak poczta się spisze, to dziś dojdzie. W ratuszu spędziłam 3 minuty, na poczcie drugie 3. Można.

Z moich rozlicznych doświadczeń z urzędami wyciągam wnioski takie, że chory system chorym systemem, ale czynnik ludzki ma największe znaczenie. Człowiek wszystko może ułatwić lub utrudnić pozornie robiąc to samo.

A na moim podwórku zawodowym zmiany. Nie, nie zmieniam pracy. Sama nie mogę w to uwierzyć, że to już piaty rok w tej samej firmie. Zwykle po trzech latach zaczynała mi się woda w tyłku gotować. Firma ta sama, ale nie taka sama. Zmiana siedziby, zwiększenie zatrudnienia, reorganizacja. Duży krok do przodu. Duży, absorbujący ale też inspirujący. Na początku roku zapadła decyzja, że potrzebna mi asystentka. Po trzech dziewczynach, które się nie sprawdziły niemal straciłam nadzieję. Odejście czwartej przyjęłam już ze stoickim spokojem. Piąta została i się sprawdza. A taka była nierokująca na pierwszy rzut oka, że łatwo ją można było przegapić. Zaczynam się przyzwyczajać do tego, że MAM pomoc. Na potrzeby bloga nazwę ją F.K. – bo chyba nie raz będę o niej pisać.

Filmowo to staram się trzymać rękę na pulsie. O WAMA Festiwalu w Olsztynie napiszę oddzielnie , ale już teraz mówię, że impreza jest naprawdę fajna i przyzwoicie zorganizowana. W przyszłym roku zapraszam. Teraz sobie organizuję wolne na festiwal filmowy Pięć Smaków  w Warszawie, bo się interesująco zapowiada. Poza tym wciąż kocham bollywood i od początku oglądam „Supernatural”. Wrażeniami dzielę się z córką na bieżąco.

Po obejrzeniu odcinka w którym Castiel cofnął Deana w czasie i ten poznał swoja mamę i dziadków (małgoś, ty będziesz wiedziała o co chodzi) wysłałam córce SMS:

– Są łowcami po mamusi. Ten ich przypadkowy tatuś John, to tępa dzida.

i dostaję odpowiedź:

– Wszystko co najlepsze dziedziczy się po mamusi.

 

 

Kurtyna.

 

 

niech mnie usłyszą

W realu bez zmian – pracuję, filmy oglądam, z córką czas spędzam, z przyjaciółkami się spotykam, uczę się, słoiki robię, mieszkanie urządzam, długi spłacam. Jest dobrze. Niekoniecznie łatwo, ale dobrze. Życie wirtualne przeniosło mi się z blogów na portale społecznościowe, bo szybciej, łatwiej, niecierpliwie. Blogi wymagają poświecenia odrobiny czasu i myśli a odzew jest dużo mniejszy.

Uwielbiam pisać i nie zamierzam zarzucać pasji, ale już mi pokrywka od nadmiaru pary nie podskakuje, gotuję się, gdzie indziej. Krwi też upuszczam na fejsie:).

Dawno miałam napisać o uchodźcach, a raczej o naszych medialnych reakcjach na uchodźców, ale brakowało mi słów. Nie potrafię wyrazić jak jest mi przykro, jak tracę wiarę w ludzkość. Skrzętnie  notuję w pamięci wypowiedzi osób publicznych i znajomych w kwestii uchodźców. W kwestii moim zdaniem bezdyskusyjnej. To nie czas i miejsce na rozważania „czy pomagać?”, tu nie ma prawdy, która „leży po środku”.

Jest ludzkie życie na szali.

Dyskutować to możemy o tym, czy mamy moralne prawo nazywać jakiegokolwiek człowieka „nielegalnym”? I to w Polsce, która istnieje dlatego, że przez 123 lata ludzie nielegalnie o nią walczyli.

Dyskusyjna jest idea narodów, która pojawiła się zaledwie 300 lat temu, po to by łączyć  a została wykorzystana do wywołania dwóch wojen światowych, wielu lokalnych konfliktów zbrojnych i (jeśli nic z tym nie zrobimy) będzie przyczyną trzeciej wojny światowej. Może czas z nią skończyć?

Dyskutować powinniśmy o sensowności istnienia granic państwowych, wiz, pozwoleń na przekroczenie tychże. Komu służy to, że nie każdy człowiek nie może się swobodnie przemieszczać? 

Dyskutujmy o JOWach, sześciolatkach w szkole, podatkach, o religii w szkołach i lasach państwowych. Dyskutujmy o rzeczach, gdzie ścierają się światopoglądy, gdzie każda strona może mieć swoje racje, gdzie można mieć zdanie takie czy śmakie i nadal być przyzwoitym człowiekiem.

Nie dyskutuję o prawie człowieka do życia.

Staram się nie reagować agresją na podłe, rasistowskie wypowiedzi, ale bywa ciężko. W pierwszym odruchu nienawidzę tych, którzy odmawiają uchodźcom wstępu do Europy. Nienawidzę i życzę im wszystkiego najgorszego z losem uchodźcy na czele.

Ja się jednak reflektuję i idę po rozum do głowy. Wiem, że nienawiść rodzi nienawiść, bliska mi jest filozofia Gandhiego i umiem wyciągać wnioski z historii. Wiem, że wszystkie ludobójstwa zaczęły się od strachu, nienawiści i dehumanizacji.

Ciągle wierzę, że nie jesteśmy źli. Przynajmniej większość z nas. To my gramy od ponad 20 lat Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy,  to pośród nas jest najwięcej Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, my stworzyliśmy Solidarność.

Niech z moim imieniu mówi Szymborska a zamknie gębę Gowin.

Jacyś ludzie w ucieczce przed jakimiś ludźmi.
W jakimś kraju pod słońcem
i niektórymi chmurami.

Zostawiają za sobą jakieś swoje wszystko,
obsiane pola, jakieś kury, psy,
lusterka, w których właśnie przegląda się ogień.

Mają na plecach dzbanki i tobołki,
im bardziej puste, tym z dnia na dzień cięższe.

Odbywa się po cichu czyjeś ustawanie,
a w zgiełku czyjeś komuś chleba wydzieranie
i czyjeś martwym dzieckiem potrząsanie.

Przed nimi jakaś wciąż nie tędy droga,
nie ten, co trzeba most
nad rzeką dziwnie różową.
Dokoła jakieś strzały, raz bliżej, raz dalej,
w górze samolot trochę kołujący.

Przydałaby się jakaś niewidzialność,
jakaś bura kamienność,
a jeszcze lepiej niebyłość
na pewien krótki czas albo i długi.

Coś jeszcze się wydarzy, tylko gdzie i co.
Ktoś wyjdzie im naprzeciw, tylko kiedy, kto,
w ilu postaciach i w jakich zamiarach.
Jeśli będzie miał wybór,
może nie zechce być wrogiem
i pozostawi ich przy jakimś życiu.

[wiersz Jacyś Ludzie z tomu Chwila, 2002]

 

 

Jeszcze możemy to zatrzymać. 

 

 

 

 

 

pańcia na odwyku

Padł mi komputer a właściwie dwa. Czas już im był najwyższy, bo oba chodziły na Windowsie NT XP Professional, więc wysłużyły się jak żołnierze w Ruskiej Imperatorskiej Armii. Odmówiły działanie nagle i zgodnie, więc nadrobiłam zaległości w życiu realnym, narobiłam słoików i nalewek, spędziłam trochę czasu z ludźmi. No i obraziłam się na sklep komputerowy.

Ja naprawdę nie jestem fanką hasła „klient nasz Pan”. Sama pracuję z ludźmi i wiem, że różnie bywa i nie każdy zasługuje na szacunek. I nie zawsze tańczę  jak mi zagrają, ale jakiś elementarz chyba obowiązuje? Czy może ja już stara jestem i w dodatku drażliwa na odwyku i się czepiam.

Kupiłam komputer przez internet, zapłaciłam przelewem i zaznaczyłam opcje „odbiór osobisty”. Dzwonię. Do której pracują? Do 16,00. Ok. Przełknęłam. Wyszłam z pracy o 15,00 i godzinach szczytu przedzierałam się prze miasto.  Jednak źle obliczyłam możliwości. Kwadrans przed 16,00 dzwonie do nich i mówię, że korki i w ogóle dramat, więc czy mam gonić z jęzorem na brodzie i czy ktoś na mnie poczeka jeśli się spóźnię kilka minut.

„Kilka minut poczeka”.

Ok. To biegnę. Dwa razy po drodze jeszcze dzwoniłam i dopytywałam, gdzie się mieszczą, bo nieco zabłądziłam. Trzy telefony w ciągu kwadransa. Znalazłam i pod bramą byłam o godzinie szesnastej dziesięć. Dziesięć minut po czasie. Odbiłam się od bramy zamkniętej na głucho.

No ja przepraszam, czy to tak teraz działa? Ja bym na klienta poczekała kwadrans dla przyzwoitości bez proszenia. Jakby poprosił, to bym czekała dłużej. Owszem, może policzyłabym sobie za to czekanie, ale nie wystawiłabym nigdy klienta w taki sposób. Czy ja przesadzam? Naprawdę dziesięć minut nikt nie mógł poczekać? Mnie więcej czasu zajmuje wyłączenie komputerów, zamkniecie drzwi, przebranie się i takie tam przed wyjściem z pracy. Odebrałam komputer następnego dnia rano. Powiedziałam, że mi przykro, i że nie będę więcej z ich usług korzystać.

Sprzedawczyni nie rozumiała, o co mi chodzi.

 

 

 

 

 

odkurzacz

Lubię mieć czystą podłogę.

Już kiedyś doszłam do wniosku, że po rodzicach dziedziczymy rozmaite cechy, nawyki czy przyzwyczajenia wprost albo wprost przeciwnie. Moja Mamut miała zwyczaj zgarniać ze stołu na podłogę i od czasu do czasu zamiatać niedbale. Podłogi SZOROWAŁA szczotką na kolanach  dwa razy do roku i wierzcie mi one wymagały szorowania. Po domu chodziło się w wygodnych butach, rzadziej w kapciach. Goście butów nie zdejmowali i ja też nie nauczyłam się  zdejmowania butów w gościach. Wiem, wiem są dwie szkoły.

Kultu podłogi jednak nie wyznaję. Lubię mieć czystą i lubię ją sprzątać, ale u mnie się butów nie zdejmuje. I naprawdę nie lubię jak ktoś zdejmuje na siłę. W cudzym domu staram się wyczuć panujące zwyczaje, bo na pytanie „czy mogę w butach?” nikt nie odpowie „nie”.

Jasne jest w tym kontekście, że wybór odkurzacza i mopa jest dla mnie dość istotny. Mop dostałam w prezencie „na nowe mieszkanie”. Już go niestety zdążyłam złamać:). Odkurzacza szukałam trzy miesiące. Mam panele, kafelki i kota a tu wybór taki, że zawrotu głowy można dostać. Moc, filtry, pojemność worków, poziom hałasu, energooszczędność, zestaw ssawek, perwersja pełna. Wiecie co to jest filtr HEPA? A ja wiem.  Przyjaciółka mówi „czekaj na promocje, kupisz lepszy model za pól ceny” a ja nie wiem, jaki to „lepszy model”. W końcu się zirytowałam ustaliłam, że zależy mi na wysokiej klasie reemisji kurzu, workach (tak wiem- dwie szkoły),  mocy silnika i małej emisji hałasu. Popatrzyłam na kilka ofert, odpuściłam hałas na rzecz ceny. Przepraszam, ale więcej niż trzy stówy na odkurzacz wydać nie zamierzałam.

Kupiłam odetchnęłam z ulgą. Jak mnie to zmęczyło!

Wybieranie jest trudne.

„Za komuny było lepiej” nie tylko dlatego, że wbiegałam na czwarte piętro bez zadyszki, ale też do wyboru było mniej. Teraz durny odkurzacz a setki możliwości. Jakie to frustrujące, że może gdzieś tam w powodzi ofert przegapiłam ten mój jedyny najlepszy możliwy.

Firanek wciąż nie mam i ściany mam białe. Nie mogę się zdecydować czego chcę.

Wychowano mnie chyba w duchu dążenia do najlepszego możliwego.

Mam takiego klienta choleryka, który rzuca nasza firmę dwa razy do roku jak mu się coś nie podoba. Zwykle są to drobiazgi wzmianki nie warte. Kiedyś nam powiedział, że w Warszawie miałby dwa razy lepsze biuro, za dwa razy niższą cenę. Tylko mu się szukać nie chce. „Idiota!” – myślałam. Trzeba być idiotą, żeby nie chcieć dwa razy lepiej, za dwa razy taniej. Przy ostatnim spięciu, kiedy szefowa chciała dać mu wypowiedzenie i rzuciła uwagę, że powinien sobie znaleźć „dwa razy lepsze biuro”- odpowiedział: „Wy jesteście dla mnie wystarczająco dobrzy”.
Zweryfikowałam zdanie o kliencie. Wcale nie idiota. Geniusz!

A ja od miesięcy:

*wiecznie czegoś szukam, bo SIĘ URZĄDZAM.

*jeszcze wszystkiego nie rozpakowałam

*opieram się na „na razie” i „tymczasem”

*jestem coraz bardziej przytłoczona mnogością możliwości

Naprawdę nie ma co tracić czasu na szukanie „najlepszego możliwego”, przestawiam się na „wystarczająco dobre dla mnie”. Zamiast rozważać wady i zalety tysiąca propozycji, lepiej się skupić na tym czego się potrzebuje.

W każdej dziedzinie.

 

Szukamy w firmie następnej osoby do pracy. Tym razem nie czytamy po siedemnaście razy każdego CV i nie wyobrażamy sobie możliwych scenariuszy. Dokładnie wiemy jakie trzy warunki ma spełniać kandydatka (no niestety po doświadczeniach dyskryminujemy  mężczyzn) i rozmowa kwalifikacyjna trwa dwie minuty. Ma być szybka, dokładna i bystra. Nie imponują nam już zainteresowania angielską XVII-wieczną poezją metafizyczną i biegła znajomość japońskiego. Ma być wystarczająco dobra dla nas.

Dzwoni do mnie przedstawiciel operatora i chce mi wcisnąć lepszy telefon. Prawie się na mnie obraził za to, że nie chciałam.

– Nie potrzebuję nowego telefonu

– Ale on jest lepszy! Nie chce Pani lepszego???

Nie chcę lepszego, jeśli mam dobre.

 

Idę odkurzać.

 

 

 

„Oto krew! oto nóż! Po nim już, po nim już!” czyli pitaval orłowski

W moim rodzimym Orłowie poruszenie. 54-letnia kobieta trafiła męża prosto w serce. Nożem.   W chwili aresztowania miała 2 promile alkoholu we krwi. Wśród znajomych spekulacje: „A jak? A za co? Kto by pomyślał? I patrz, co wódka z człowieka robi!” Kobietę z widzenia znam, szczegółów nie znam. Taka mnie refleksja naszła, że w tym moim nieszczęsnym miasteczku to już trzeci skandal z trupem w tle, gdzie główną bohaterką jest kobieta.

Kilkanaście lat temu 40-letnia wtedy mężatka zabiła młodziutkiego kochanka. O ich romansie plotkowano w mieście dwa lata. „Że on taki młody, że do córki lepiej by chodził”, „a mąż za granicą ręce urabia, żeby latawicy niczego nie brakowało”. Dwa lat to wystarczająco dużo, żeby nieco ochłonąć i dopuścić do głosu rozsądek. Chłopak postanowił się z układu wymiksować. Się wymiksował na amen. Kobieta uderzyła tylko raz. To ona opowiadała potem, że nie chciała mu życia odebrać, tylko była zdenerwowana, rozżalona a ten nóż wszedł w ciało jak w masło. Za łatwo. Osiem lat dostała, wyszła po czterech.  Nie wiem, co się teraz z nią dzieje.

Mieszkała tu taka, co to męża miała agresywnego pijaka. Chlał, lał, dom okradał i od kurew wyzywał. To akurat żadne dziwo, bo z marszu mogłabym wymienić kilka takich, ale ta była o tyle wyjątkowa, że nie chciała wiecznie „nieść krzyża”, bo nie wierzyła w uszlachetniającą moc cierpienia. Któregoś dnia znaleźli zwłoki męża na działkach. Diagnoza – zapaść po spożyciu nadmiernej ilości alkoholu z przemytu. Ale ludzie mówili, że to ona go zapiła. Do twarzy jej było w żałobie. 

 

Z okolicznych zbrodni pamiętam jeszcze faceta z sąsiedniej gminy, który żonę zabił, poćwiartował, upchał w worku na śmieci i wywiózł do lasu. Potem zgłosił zaginięcie i brał czynny udział w poszukiwaniach i rozlepianiu ulotek na mieście. „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. Tak gorliwie szukał, że świadka zbrodni znalazł.

Droga do serca bywa prostsza niż się wydaje.

 

 

 

Jak zostałam „naszą panią”

                 Dziś bielizna ma być niewidoczna. Niewidzialna nawet, bo nie tylko ma nie wystawać, ma się też NIE ODZNACZAĆ. Ma tak udawać, że jej nie ma, żeby jednak nikomu do głowy nie przyszło, że NAPRAWDĘ jej nie ma. Bo jak nie, to zaraz ktoś „życzliwie” zwróci uwagę. Całe szczęście, że nie jestem celebrytką, bo bym miała swoje stałe miejsce na Pudelku w dziale „ale wpadka”. Prywatnie wymogi ignoruję, do pracy jednak się staram. Zaczęła mnie obowiązywać biała bluzka jako strój służbowy, więc dokonałam przeglądu biustonoszy. Kupiłam sobie* idealnie dopasowane dwa biustonosze 75G. Nienachalne,  całość podtrzymują:), w dobrej cenie. Spełniają swoją rolę i są niewidoczne.

Proszę o włączenie wyobraźni.

Wracałam do domu ostatnio, żar lał się z nieba, więc miałam na sobie tylko koszulkę bez rękawów, z dekoltem dość odważnym. W Olsztynie najważniejsze ulice są od kilku lat w przebudowie, więc panowie w pomarańczowych kubraczkach są stałym elementem wystroju.  Stanęłam na czerwonym świetle przed dwuetapowym przejściem dla pieszych. Na wysepce po drugiej stronie ulicy – pięcioosobowa ekipa drogowców. Dwóch klęczy i coś dokręca, trzech stoi i trzyma słup. Zauważyli mnie.

Nie, nie, wróć. Nie zauważyli mnie. Zawiesili zgodnie oczy na moich piersiach. Kobiety znają ten wzrok. To ten wzrok, który mówi, że mogę mieć wiadro na głowie i piórko w dupie; mogę ciągnąć za sobą zwłoki, może przechodzić obok orkiestra dęta, mogą wylądować kosmici a panowie jako świadkowie mieliby wartość zerową. Ale za to wiedzieliby z całą pewnością, na której piersi mam pieprzyk.

Kiedy zapaliło się zielone z premedytacją zwolniłam nieco kroku i lekko falując biustem przeszłam przez ulicę.Tak, wiem, mam grzech.

– Dzień dobry – odezwałam się, bo musiałam poczekać na światło na drugim etapie – tak mi się panowie przyglądają…

– Yyyy… – jednego tak jakby wyrwało z letargu i z trudem podniósł wzrok, nadal niewidzący – yyy… my… my się zastanawialiśmy, na ile pani lat wygląda i koledzy obstawiali 30

– Ale ja mówiłem, że 25! – wypalił jeden, który pewnie nawet dwudziestu pięciu nie miał i się zaczerwienił.

Prawie się oplułam, tak parsknęłam śmiechem. To był żywy dowód na to, że żaden mnie nie widział.

– Dziękuję bardzo – dygnęłam w ukłonie – a tak naprawdę lat mam 45.

Teraz spojrzeli na mnie wszyscy. Z niedowierzaniem.  I ten ich brak wiary wprawił mnie w doskonały humor. Dalej pofrunęłam na skrzydłach.

Następnego dnia, kiedy biegłam do pracy, z zamyślenia wyrwało mnie najpierw:

– Idzie nasza pani – które usłyszałam za placami,  a zaraz potem serdeczne, chóralne – Dzień dobry!


Jakoś chyba mniej mi przeszkadzają te wieczne roboty w mieście:).

 

 

 

 

 

 

*Kącik reklamowy: GORTEX – polska firma, rozmiarówka od 60 do K a nawet więcej, ceny bardzo dobre i wybór niezły. Dwa  biustonosze za 120zł kupiłam. Znaczy, że coś się zmienia na lepsze.

baba za kierownicą

Olsztyn kocham. Tak sobie ostatnio uświadomiłam, że niemal wszystko, co najważniejsze i prawie wszyscy najważniejsi dla mnie ludzie przytrafili mi się  w tym mieście. Zostałam tu przypadkiem dwa razy i nie narzekam. Znaczy … wróć … narzekam. Oczywiście, że narzekam. Kocham i narzekam:). Moje miasto i sobie pozwalam, ta notka jest też po to, żeby zęby jadowe przewietrzyć, ale niech was (nie-Olsztyniaków) to nie uprawnia do dawania mi rad zbawiennych w stylu „rzuć go!”.

Jak trudno jest  kochać Olsztyn kierowcom, napisał Miłoszewski w „Gniewie”. Olsztyńska sygnalizacja świetlna, ograniczenia znaki i zakazy, wyrastające jak grzyby po deszczu parkomaty plus trwający od kilku lat remont najważniejszych dróg sprawiają, że frustracja kierowców dochodzi do ekstremum. 

Ja się pozbyłam samochodu, jeżdżę komunikacją miejską i się nie stresuję. Ale każdy autobus ma sfrustrowanego kierowcę. Kierowcom autobusów jeszcze bardziej trudno Olsztyn kochać. Zwłaszcza w obliczu powstającej komunikacji tramwajowej. Kierowcy olsztyńskiego MPK walczą o ogień. Znaczy rozpędzają się na najkrótszych nawet odcinkach i gwałtownie hamują przed światłami, przejściami dla pieszych i kiedy akurat nie ma konieczności ale mają taką potrzebę. Pasażer nie zna dnia ani godziny i  nie może sobie niczego wywnioskować. Za łatwo by było. Przeciętny pasażer nie ma czasu na uprawianie sportów, więc taki przejazd autobusem łączy w sobie elementy akrobatyki z siłownią. Jak dorzucą do tego muzykę, to podniosą ceny za bilety.

W końcu Olsztyn to miasto Bublewicza i Hołowczyca. To zobowiązuje. Tu się szkolą rajdowcy! Taki kierowca autobusu musi pokazać, że potrafi „palić gumy” ruszając spod świateł (które jak już wiemy po „Gniewie” są co pięćdziesiąt  metrów bez szans na zielona falę). A nuż jakiś łowca talentów się zachwyci.

Po drugie przystanki autobusowe w mieście (o czym nie wszyscy wiedzą) mają magiczne właściwości. One się pojawiają i znikają znienacka. Kierowca, jak już przystanek zauważy, to musi go ZŁAPAĆ, zanim ten zniknie. Ludzie zupełnie tego nie rozumieją.

Skasowanie biletu wymaga sprawności, wyobraźni i kreatywności, bo nie sposób w autobusie stać i trzymać się jedną ręką. Grozi wyrwaniem ręki ze stawu lub upadkiem. Różne metody ludzie stosują. Ja czasem owijam się obunóż i oburącz wokół rury z kasownikiem i staram się wykorzystać momenty postoju na światłach. Mankament metody polega na tym, że trzeba uważać na zęby przy hamowaniu. Można też zająć miejsce siedzące (jeśli jest) i zastosować sposób „przepraszam, czy możesz mi skasować bilet, młody człowieku?”. I jeszcze trzeba zdążyć przed: „proszę bilety do kontroli”.

Nie o tym chciałam. Ja rozumiem i nawet widzę plusy. Kondycji człowiek nabiera, element przygody ma i zawrzeć znajomość łatwo. Ale dzisiaj się zdenerwowałam w autobusie i rozważam napisanie skargi do MPK.

Wyobraźcie sobie, wsiadam do autobusu nr „36” (tego samego, co mnie prześladował w zeszłym roku) i widzę mężczyznę przecudnej urody. Siedzi i czyta książkę (że też mi to nie dało do myślenia). Od razu przyszedł mi do głowy chytry plan, że stanę obok nonszalancko, zatoczę się wdzięcznie na zakręcie i będę potrzebowała wsparcia męskiego silnego ramienia. Nie ma na świecie mężczyzny, który nie lubi służyć silnym ramieniem. Dalej postanowiłam improwizować.  Facet był zdecydowanie w moim typie i umiał czytać.

Stoję.

Autobus jedzie a ja stoję chociaż trzymam się niedbale. Facet siedzi i czyta.

Dopiero po dwóch przystankach się zorientowałam,  że nie zarzuciło mną ani razu a facet, który wpadł mi w oko, siedzi i niczego się nie trzyma. Zdezorientowana popatrzyłam po pasażerach. Nikt z siedzących się nie trzymał! Ba! Niektórzy stali oparci o ścianę.

I wtedy zauważałam. Baba za kierownicą! Zgroza! Ani razu nie użyła hamulca. Pewnie nie wiedziała, że ma. Wredne babsko, jak ona zgadywała, gdzie się pojawią przystanki???

Czy MPK zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa zatrudniania  tak nieodpowiedzialnych kierowców? Jeszcze się pasażerowie przyzwyczają i nieszczęście gotowe.

Z poważaniem