Po wstąpieniu na tron papieski Franciszka Bergolio, ci katolicy, których znam i jeszcze uważam za porządnych ludzi, nabrali nadziei na zmiany. Na ludzką twarz Kościoła.
Raz po raz obiegają świat jego „kontrowersyjne” wypowiedzi. Pojawiły się nawet głosy, że jak tak będzie dalej gadał, to długo nie pożyje. Historia zna przypadki tajemniczych papieskich zgonów. A to uchodźcę przytuli, a to o szlachetnym ubóstwie kapłańskim wspomni, a to rozważy możliwość przyjmowania „komunii świętej” przez rozwodników.
A mnie się już nawet tego słuchać nie chce, bo ta „ludzka twarz” to ściema. Chwyt marketingowy, po to, żeby sobie samopoczucie poprawić. Za papieskim lansowaniem się w mediach społecznościowych nie idą żadne decyzje, żadne zmiany.
Na grzechu pierworodnym, na poczuciu winy, na „marności nad marnościami” i na zbawieniu przez cierpienie zbudowana jest potęga Kościoła. No heloł! To całe „bóg jest miłością” to takie pieprzenie agresywnego rodzica, że „oczywiście, że kocha a „bije, bo zasłużyłaś”. Nie podcina się gałęzi, na której się siedzi, dlatego nie są w interesie kleru zadowoleni z życia wyznawcy”.
Mogą się szlachetnie topmodelki wypowiadać o ratowaniu lasów tropikalnych, o prawach zwierząt i pracować dla marek, które maja krew na metkach.
Bo jak nie wiadomo o co chodzi…to diabłu ogarek
http://www.focus.pl/czlowiek/krew-na-metkach-11464
