diabłu ogarek

Po wstąpieniu na tron papieski Franciszka Bergolio, ci katolicy, których znam i jeszcze uważam za porządnych ludzi, nabrali nadziei na zmiany. Na ludzką twarz Kościoła.

Raz po raz obiegają świat jego „kontrowersyjne” wypowiedzi. Pojawiły się nawet głosy, że jak tak będzie dalej gadał, to długo nie pożyje. Historia zna przypadki tajemniczych papieskich zgonów. A to uchodźcę przytuli, a to o szlachetnym ubóstwie kapłańskim wspomni, a to rozważy możliwość przyjmowania „komunii świętej” przez rozwodników.

A mnie się już nawet tego słuchać nie chce, bo ta „ludzka twarz” to ściema. Chwyt marketingowy, po to, żeby sobie samopoczucie poprawić. Za papieskim lansowaniem się w mediach społecznościowych nie idą żadne decyzje, żadne zmiany.

Na grzechu pierworodnym, na poczuciu winy, na „marności nad marnościami” i na zbawieniu przez cierpienie zbudowana jest potęga Kościoła. No heloł! To całe „bóg jest miłością” to takie pieprzenie agresywnego rodzica, że „oczywiście, że kocha a „bije, bo zasłużyłaś”. Nie podcina się gałęzi, na której się siedzi, dlatego nie są  w interesie kleru zadowoleni z życia wyznawcy”.

Mogą się szlachetnie topmodelki wypowiadać o ratowaniu lasów tropikalnych, o prawach zwierząt i pracować dla marek, które maja krew na metkach.

Bo jak nie wiadomo o co chodzi…to diabłu ogarek

 

 

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title,Papiez-Franciszek-podejmuje-kontrowersyjne-tematy-ws-gejow-aborcji-i-rozwodow,wid,16006803,wiadomosc.html

http://chnnews.pl/index.php/pl/reszta-swiata/item/2178-kontrowersje-wokol-slow-papieza-franciszka-jezeli-to-zrobi-to-dostanie-piescia-wideo.html

http://www.fronda.pl/a/papiez-franciszek-dobrzy-katolicy-nie-musza-byc-jak-kroliki-i-miec-duzo-dzieci,46475.html

http://www.focus.pl/czlowiek/krew-na-metkach-11464







„zabrała mi dziecko”

Jest taka sytuacja:

ON w pozwie rozwodowym wnosi o ustalenie miejsca pobytu dziecka przy matce, nie wnosi o ustalenie spotkań z dzieckiem.

ONA nalega na podział i proponuje: 

  • co drugi weekend
  • połowa wakacji
  • połowa ferii zimowych i jeden dzień w tygodniu np.: środa

ON zdecydowanie odmawia: proponuje co drugą sobotę bez noclegu, ale godzi się ostatecznie na co drugi weekend od soboty do niedzieli i dwa tygodnie wakacji.

Dwa dni później do NIEJ dzwoni teściowa z wielka prośbą „przez wzgląd na dobro dziecka” żeby nie ograniczała synowi kontaktów z ojcem.

 

Czyli „90% spraw o opiekę rodzicielską wygrywa matka” – w praktyce

Przyznam jednak, że sąd i pełnomocnicy obu stron byli przypadkiem zdumieni to znaczy, że nie jest on powszechny.

czego się dzisiaj nauczyłam?

Justa- koleżanka z pracy,która jest dla mnie jednym z głównych źródeł informacji o poczynaniach rządu, odkąd ja się staram odcinać – oburzyła się :

– Czy ty sobie wyobrażasz?! Mój brat zdziwił się, że Tusk nie jest już premierem? Mój rodzony brat! No nie mogłam uwierzyć! Zapytałam go, czy wie przynajmniej jakiego mamy prezydenta i nie odpowiedział!  Jak można do tego stopnia?!

– Moja córka na studiach ma kolegę, który nigdy nie słyszał o Korwinie – odpowiedziałam – Ja nie wiem czy im współczuć czy zazdrościć.

Inna koleżanka zapytała, co to jest KOD. Rozumiem, że można KODu nie popierać, ale żeby o nim nie słyszeć?

Z jednej strony to budujące, że tak można.  Z drugiej strony tracę wiarę w sens wyborów i demokracji. Dlaczego połowa społeczeństwa nie korzysta ze swoich praw a połowa tych, co korzystają, robi to na chybił-trafił  albo bezrefleksyjnie przyjmując medialną papkę (i nie, nie mam tu na myśli tylko wyborców PiSu, zwłaszcza, że sama nie jestem pewna, czy się nie daję nabierać)?

To smutne, że głos ignoranta i mędrca „waży” tyle samo.

Z trzeciej strony to trochę tak jak z „prawem jazdy” na dziecko. Jestem przekonana, że nie każdy powinien się rozmnażać i idea wprowadzenia pozwolenia na dziecko jest dla mnie w pewnym stopniu kusząca. Byłabym jej gorącą orędowniczką, gdyby istniał dobry sposób na to

KTO? i NA JAKIEJ PODSTAWIE?

miałby takie pozwolenia rozdawać.

Nie ma takiego sposobu, więc godzę na świat pełen dzieci krzywdzonych. Godzę się na demokrację, póki ktoś nie będzie miał lepszego pomysłu. Jedno wiem na pewno: moja (jakże niedoskonała) orientacja w świecie polityki na pewno mnie nie uszczęśliwia.

Uszczęśliwia mnie spędzanie czasu z ulubionymi ludźmi, oglądanie filmów, pisanie, urządzanie mieszkania.

Dziś miałam dzień wspierania przyjaciółki w Bardzo Trudnej sytuacji. Dzień wymagający mobilizacji, zachowania zimnej krwi, zdrowego rozsądku i skuteczności. Dałam radę. Dowiedziałam się o sobie, że jestem w tym dobra, że dobrze jest mnie mieć w pobliżu.  

Książkę pisz – usłyszałam z jednej strony

Idź w mediacje – ciśnie druga strona

 

To ja sobie wybiorę film na wieczór i naładuję akumulatory. 

nie nie nie

Żeglarstwo to nie jest sport dla mnie. Nie sprawia mi przyjemności trzymanie szotów a już zupełnie siedzenie za sterem. I tu nie chodzi o umiejętności. Chodzi o poczucie straty czasu. Biorę łajbę na pięć godzin i dłużą mi się one niemiłosiernie. Za każdym razem, kiedy patrzę na zegarek, jestem rozczarowana. Nauczyłam się manewrować i straciłam całe zainteresowanie.Taki napis na koszulce widziałam.

„Bądź zawsze sobą. Chyba, że możesz być żaglarzem, to bądź żeglarzem”

Nie, nie chcę być żeglarką. Mogę być ewentualnie pasażerką, ale też się nie upieram. Moja przyjaciółka się napaliła na jesienny rejs do Chorwacji. Muszę jej powiedzieć, że beze mnie. Dokończę ten kurs, zdam egzamin i patent chyba sobie powieszę na ścianie ku przestrodze,

że nie wszystko złoto.

I kupię sobie rower.

jaja z pogrzebu

Po długiej i trudnej chorobie umarł ojciec mojej przyjaciółki Envy.  Ojcem roku nigdy nie był, ale w śmierci zupełnie nie chodzi o to, że żal tylko tych dobrych. Wiem po sobie i rozumiem. Odejście rodzica to dorosłość, której wcale się nie chce, to refleksja o przemijaniu, to krok do własnej śmierci. Moja przyjaźń z Envy oparta jest chyba najbardziej na OBECNOSCI. Chyba. Nie wiem jak ona to widzi, ale znamy się całe nasze dorosłe życie, różnimy się, nie wszystko w sobie lubimy, wkurwiamy się na siebie, ale jesteśmy jak trzeba. Dziś było trzeba.

Wstałam z zawalonym gardłem, bólem w uszach i katarem. Dwa dni mnie łamało i złamało. Oczywiście katar z gatunku „lepiej od razu mnie zabij”. Jak powiem, że zalewałam się łzami, to proszę  tego nie traktować jak figury retorycznej. Zalewałam się łzami. Miałam myśl taką, żeby zadzwonić i powiedzieć, że jestem chora i jestem pewna, że Envy by mi wybaczyła, ale zdecydowałam, że jednak chcę przy niej być. No i chciałam poznać jej siostrę cioteczną – eL,  o której mi opowiadała same dobre rzeczy. Poznałam i wzięto nas za siostry. Nie wiem jak eL, ale dla mnie był to duży komplement. Zwłaszcza, że przekroczyłam już niestety tę smugę cienia, do której kobiecie jest w czarnym do twarzy:).

To piękny pogrzeb był w gruncie rzeczy. Sprawny i profesjonalny. Pierwszy raz byłam świadkiem grzebania urny z prochami, ale podobało mi się. Robiłam za płaczkę ze swoim katarem i musiałam być przy tym tak wiarygodna, że mnie dwie osoby zapytały „kim jesteś?”. Nie odpowiedziałam „tajemną kochanką” a bardzo mnie kusiło. Przepraszam. Dwie wdowy, pierwsza i druga żona, zgodnie czyniły honory. Rodzina i przyjaciele dopisali. Pierwsza żona wygląda  na młodszą siostrę drugiej i to dowód na to, że rozwód jej służył.

Pogrzeb to impreza dla żywych i chyba trzeba się z tym pogodzić. [W kontekście własnego ewentualnego pochówku – Córeczko, zrób jak zechcesz, jak staniesz w obliczu, nie będę Ci miała za złe niczego, tylko mnie spal, proszę] To dla Envy a nie dla ostatniego pożegnania jej ojca poszłam do kościoła i starałam się zachować przyzwoicie. Kazanie bez manifestów politycznych w duchu „marność nad marnościami i wszystko marność, módlmy się”. Urna z prochami robi zupełnie inne wrażenie niż trumna. Uświadamia, że człowieka już NAPRAWDĘ nie ma.

Po stypie jakiś starszy pan westchnął wychodząc:

– Eh, wszystko co dobre szybko się kończy

– Będą następne okazje – pocieszała go siostra Envy.

 

 

syndrom Mikołejki czyli co mi śmierdzi

Jedną z kości niezgody między mną a moją córką jest profesor Mikołejko. No nie znoszę.

– Przesadzasz – mówi Lolka – Jeden zły artykuł przesłania ci obraz całości. On w wielu kwestiach wypowiada się bardzo mądrze.

Możliwe, ale w ogóle mnie to nie obchodzi.

Być może jestem niesprawiedliwa i przy tonie zasług jego pogardliwa kupa, którą był felieton o „wózkarach” (jest otwarty w „wysokich obcasach, ale nie będę linkować) zupełnie nie ma znaczenia. Ale śmierdzi. I cokolwiek, kiedykolwiek Mikołejko będzie miał do powiedzenia w jakiejkolwiek kwestii to mnie przede wszystkim śmierdzi jego pogarda.

Mam więcej takich „upadłych autorytetów”, których mądrzy ludzie (bez ironii) potrafią bronić do krwi ostatniej. 

Odkąd przeczytałam o aferze Polańskiego nie oglądam jego filmów. I nie chodzi o to, że odbieram im wartość. Chodzi o to, że on nie widzi nic złego w tym co zrobił.Śmierdzi mi jego kabotyństwo.

Miałam fazę na Rwandę. Przeczytałam i obejrzałam niemal wszystko co dostępne o ludobójstwie w 1994. Postawa Kościoła i Wojtyły w tamtym okresie tak bardzo mną wstrząsnęła, że zaważyła na moim stosunku do katolicyzmu i jego „pasterzy”. Nie mam szacunku do papieża Jana Pawła II. Śmierdzi mi pychą i hipokryzją. 

I nie przepraszam.


 

wdzięczność

Prowadzę blog od 15 lat z rozmaitą intensywnością i po różnych portalach się szwendam. Są tu tacy, którzy mnie od lat czytają. Większość czytelników znam już osobiście, a resztę poznać zamierzam.

Zmieniałam się i zmieniali się ludzie wokół mnie, zmienia się moje pisanie.

Wiele napisałam o tym co mi Mamut zrobiła, ale przepakowałam kufer i ruszyłam dalej, starając się wyciągnąć wnioski. To trudne. Nigdy nie napisałam, czego mi NIE ZROBIŁA a mam za co być wdzięczna.  To jeszcze trudniejsze. Dużo łatwiej się mądrzyć i doradzać innym:).

(Kto mnie zna, wie, że doradzania unikam. Jedna przyjaciółka nawet czasem robi mi z tego zarzut. Druga przyjaciółka czasem zadaje pytanie „No i co ja mam teraz zrobić?”. Odpowiadam „Rzuć go”, ale ona wie, że to nie jest „rada”)

Nie znoszę „dobrych rad”, bo nie umiem ich przyjmować. 

Ale ja nie tym chciałam.

Czego mi matka nie zrobiła?

Nie wdrukowała mi, że okazywanie emocji jest złe. Krzyczała na mnie, płakała, wymuszała, intrygowała, groziła mi i generalnie zapewniała „rozrywkę”. Ale mi też wolno było krzyczeć, płakać, chodzić po kałużach i śmiać się w głos.  Zawsze wiedziałam, co czuję. Wiem, kiedy jestem zła, kiedy kocham, kiedy czegoś chcę i kiedy nie chcę. Mam dobry kontakt z samą sobą i długo nie wiedziałam, że można nie mieć. Za to trudno mi ocenić, CO POWINNAM. Jestem królową gaf i pewnie dlatego kocham gafiarzy.

Zapytałam kiedyś koleżankę w rozmowie „Co czujesz?” a ona mi na to, że nie wie, że sama się zastanawia, co powinna czuć. Dwa dni nie mogłam dojść do siebie, zastanawiając się, jak to w ogóle jest możliwe???

Jako dziecko mogłam wszystko. Łaziłam po drzewach, kąpałam się w rzece, rozpalałam ogniska przy lesie, taplałam się w smole i przyprowadziłam sieroty do domu. Mówiłam też wierszyki w kościele. Jak coś złego zrobiłam, to słyszałam od matki „dobrze ci tak” i „to twoja wina”. Mówiła mi „boga w sercu nie masz”, „nikogo nie słuchasz”.

To mi wdrukowała. I taka jestem.

Nie mam boga i nie jestem posłuszna.

Biorę za siebie odpowiedzialność.

 

Dziękuję Ci, mamuś.

 

 

 

turlam się

Mój ulubiony człowiek mówi do mnie „Mamo”.

Taki napis na kubku zrobiła mi Lolka i pojechała. Rzeczywiście jest moim ulubionym człowiekiem:). Lubię z nią rozmawiać, bo ma wiedzę, umiejętność wykorzystania jej i poczucie humoru. Jest  do mnie podobna tam, gdzie mi to zupełnie nie przeszkadza a nawet stanowi powód do dumy. Na niektórych zdjęciach wygląda tak, że mówię „Ojcu raczej nie pokazuj:)”. Jedna legenda rodzinna głosi, że dziecko tatusine i w ogóle w tamtą rodzinę poszło, „skóra zdjęta” i te sprawy. A druga rodzina (moja) mówi: „Ta jasne! Chyba jak śpi i się nie odzywa. W naszą rodzinę poszła i basta!”.

Lolka się z tego śmieje, bo najbardziej to ona jest swoja własna. Ale na drugim kubku napisała mi:

Czasem jak otwieram usta, słyszę moją matkę.

Zdecydowanie jest to kubek uniwersalny i obie będziemy z niego pić:).

Jak się rozglądam dookoła to mam wrażenie, że mało kto lubi swoje dorosłe dzieci. Większość owszem kocha, ale unika albo narzeka, poucza, krytykuje, ma za złe i wymaga znacznie więcej niż wymagali od siebie w ich wieku. Nie wiem, z czego to wynika.

Jak diabeł święconej wody, unikam angażowania się w politykę. W zasięgu ręki działam, nie dalej. Będę podpisywać petycje i chodzić na marsze, ale denerwować się z powodu debilnych  wypowiedzi polityków nie zamierzam. Zdecydowanie lepiej śpię:)

Zadzwoniła spt i zapytała o zwierzynecką LAF.

– Jadę! Jasne, że jadę. Zorganizuję się w pracy i jadę.

Przecież ja kino kocham. Przesilenie wiosenne może troszkę mnie przeczołgało, ale źródło wciąż bije. Zamiast wieczornej prasówki wybieram starannie film. Ostatnio trafiłam na melodramat nakręcony zgodnie z zasadami konwencji. Taki 100% cukru w cukrze. Ostatnie dwadzieścia minut już szlochałam w głos i smarkałam w chusteczki. Wszystko przez gapiostwo. Film zaczyna się od sceny, kiedy ON pogrąża się we wspomnieniach i przez chwilę widać napis na jej nagrobku. A do końca miałam nadzieję, że ONA wyzdrowieje. Love story w kolejnej odsłonie:). 

Na trzecim kubku napisałam: Win or learn. Never lose. Za Nelsonem Mandelą i spt – to mnie naprawdę podniosło na duchu po ostatniej wpadce.

poza tym

  • zapisałam się na kurs żeglarski i uczę się nazw „tych sznurków od tych szmat”
  • urządzam mieszkanie, bo mi parę książek zjechało z Orłowa i w półki zainwestowałam. Wybrałam stolarza, który lubi swoją pracę. Nie był najtańszy z tych, którzy mi wycenę robili, ale gotowa jestem dwie stówy do pasji dopłacić.
  • Całka mnie powoli oswaja i do mnie mówi. Jeszcze nie wszystko rozumiem.
  • zablokowałam na liście kontaktów  „takiego jednego” i jeszcze nie wiem, jak mi z tym. To zupełnie nie w moim stylu. Raczej wolę konfrontacje, jasne komunikaty i załatwianie spraw po dorosłemu.
  • balkon przygotowuję do sezonu, sieję, dłubię, maluję i przesadzam. Na razie niemrawo.

 

 

 

 

 

dziś jest ten dzień

Zawaliłam termin i to nie dlatego, że zrobiłam wszystko co w mojej mocy i ie dałam rady. Zawaliłam, bo zwyczajnie pomyliłam daty. Nie mam dla siebie żadnego usprawiedliwienia i generalnie mam ochotę zapaść się pod ziemię. Głównie ze wstydu.  Kara będzie, ale kara mnie nie martwi, bo będę miała poczucie rehabilitacji. Przynajmniej częściowo. Boli mnie moje zawodowe ego. Właściwie nie tyle boli, co poszło popełnić harakiri. Zgubiła mnie brawura. Gdybym trzymała się procedur, owszem upierdliwych i owszem nudnych, to bym miała co najmniej dwa momenty kiedy miałam możliwość wyłapania błędu.

To nie jest kwestia roztargnienia, z którego się można śmiać. Klucze od pracy w kurtce a kurtka w domu? Luzik, dwa razy w tygodniu tak mam (taka pogoda cholerna). Iść do sklepu po baterie i wrócić z kwiatami, ale bez baterii? Tak, to ja.

Ale w pracy? W pracy to ja jestem od gaszenia pożarów. To ja naprawiam to, co nie da się naprawić, znajduję rozwiązania w sytuacjach beznadziejnych. Jak ja mówię, że się nie da, to się nie da. I ja wpakowałam się jak amatorka idiotka. Nie „amatorka”  akurat o terminie przypominała mi moja asystentka. 

Nie pierwszy raz popełniłam błąd, ale pierwszy raz mi naprawdę wstyd. Nie da sie go naprawić. Można tylko wziąć na klatę odpowiedzialność. Paskudne uczucie.

 

kawa bez śmietanki czyli czy ja na pewno nie palę?

Zasadniczo jestem przeciw debatom publicznym, gdzie głos dostają ekstremiści różnej maści na równi z racjonalistami. To wypaczenie idei wolności słowa, dodanie niepotrzebnego prestiżu hochsztaplerom i równanie do ich poziomu. Zabłądziłam w czeluście internetu i trafiłam na debatę „Czy istnieje Bóg?”  między Williamem Lane Craigiem a Christopherem Hitchensem. Tego drugiego znam i cenię jego dorobek a pierwszego musiałam wygooglać. Debata trwa dwie i pół godziny i jest pouczająca, ale nie namawiam, bo nie sądzę , że może się przyczynić do zmiany postawy. Może pomóc utwierdzić się w przekonaniu. 

Jednak w po godzinie i 19 minutach targnęła mną irytacja. W rundzie pytań Craig zadał pytanie:

Czy istnieją dobre argumenty by sądzić, że ateizm jest prawdziwy? Przedefiniowujesz ateizm jako a-teizm albo non-teizm. Jak rozróżnisz odmiany nonteizmu, takie jak ateizm, agnostycyzm albo weryfikacjonizm? Twierdzisz, że „bóg nie istnieje” czy po prostu powstrzymujesz się od wiary w boga?

.

.

.

– Poproszę, kawę, bez cukru i bez mleka, czarną.

– Przepraszam bardzo, nie mamy mleka czy może być bez śmietanki?

.

.

Idę się głęboko zastanowić nad tym czy jestem niepaląca czy nie-paląca? A może jednak powstrzymuję się tylko od palenia? I jakich papierosów właściwie nie palę? Nie wspomniałam o niepaleniu fajki, czy fajki też nie palę? zapaliłam wczoraj świeczkę, czy nadal całą stanowczością mogę twierdzić, że jestem niepaląca czy jednak to będzie dowód na istnienie boga? 

Muszę to wiedzieć.

 

ps.  dla Stardus. Hitchensa pewnie znasz z jego krytyki Clintonów. Nie czytałam, ale jak znajdę to nie omieszkam.