epilog

„Idzie samotna dusza polem,

Idzie ze swoim złem i bolem,

Po zbożnym łanie i po lesie,

Wszędy zło swoje, swój ból niesie,

I swoją dolę klnie tułaczą,

I swoje losy klnie straszliwe,

Z ogromną skargą i rozpaczą

Przez zasępioną idzie niwę…

Idzie, jak widmo potępione, 

Gwiżdże koło niej wiatr i tańczy —

W którą się kolwiek zwróci stronę,

Wszędzie gościniec jej wygnańczy — —

Nigdzie tu miejsca nie ma dla niej,

Nie ma spoczynku, ni przystani…

Idzie przez pola umęczona,

łamiąc nad głową swą ramiona…

Na Anioł Pański biją dzwony…”

Biły w kazdym kosciele obok ktorego przechodzilam:))) Tetetka świadkiem.

Tylko tej samotnrj duszy potępionej zadna z nas nie widziala:). Pewnie sie wloklq za nami;). A wiersz Tetmajera jakby ktos nie znał.

Ostatni dzień zaplanowalysmy luzacko. Wyspac sie zjesc i rozleciec w rozne strony swiata. 

Rano w hotelu ostentacyjnie wyrzucilam do kosza ostatnie majtki, biustonosz i poszlam na zakupy. Po drodze zlapal mnie deszcz, galeria mnie przerosla, majtek nie znalazlam. 

Już mialam płakać w tym deszczu ale spojrzalam na temperaturę w Berlinie i od razu mi sie zrobiło lepiej. 

Wrociłam przemoczona i dyskretnie wyjęłam z kosza biustonosz.  No trudno, dolecę..Za biustonosz kiedys zaplacilam fortune, ale swoje odpracowal. Na trasie wchlanial pot i kurz, zmienil kolor na nieokreślony i absolutnie nie nadaje sie do pokazywania. Co akurat moglo byc plusem. Nic tak nie chroni przed sekscesami jak brzydka bielizna:))).

Tetetka dała mi.swoje zapasowe figi. 

– A jednak ogarniam ci tylek- rzucila z lekką satysfakcją. 

Gdyby się ktos wybierał w drogę:

Kluczowe sa buty. Moje sandalki troche sie zdeptaly, lekko pekly w dwóch miejscach i nie wiem czy by zniosly druga taka trase, ale polecam. Poza jednym bąblem wyhodowanym niestety na wlasne zyczenie, stopy mam zdrowe ( czulam ten maly kamyczek juz 4 kilometry przed Padron, ale pomyslalam, ze dojde i wytrzasne. Nie róbcie tego. Kazdy dyskomfort trzeba usuwac natychmiast. Nawet lekutkie zagiecie skarpetki). 

Drugie kluczowe to towarzystwo. Fajnie sie idzie samotnie ale wiecej mozliwosci jest we dwojke. Mozna bez strachu stopa zlapac, mozna się wloczyc po nocy, moze ci ktos butelke wody z plecaka wyjac. 

Tetetki nie zamawialam, dolaczyla spontanicznie. Poznalysmy sie dzieki drodze lepiej . Ona odkryla ze ja nie zawsze jestem taka „osadzona w rzeczywistosci”, ze potrafie  byc bezradna, ze stresuja mnie miejsca, z ktorych nie wiem jak wyjsc. Ja odkrylam, że w tej niewinnie wygladajacej, mowiacej szeptem  dziewuszce kryje sie czasem twarda baba.  Choc interesuja nas inne rzeczy w swiecie, choc mamy czasem rozne energie, to dalysmy radę i to bylo dobre doświadczenie. Ona moze kilka razy zaciskala zęby, ja parę razy wywrocilam oczami. Bede dobrze wspominać.

Przytuliłam ja na pożegnanie:

  • – Puść, zostaw, mokra jesteś! – opanowała
  • – No.dobra to limit czułości tez juz mamy wyczerpany na jakies dwa lata- zaśmiałam się
  • Straty: trzy pary majtek, koszulka.ładowarka i dwie pary okularow, wlosy koltun, paznokcie krogulcze. 

Zyski: W drodze do Santiago wrocila mi ciekawosc. I wena tworcza. .

u celu

Tetetka czyta i mówi, że mnie kocha, kocha, ale jednak woli siedzieć ze mną w wygodnym fotelu i oglądać filmy.

O tym, że mam na nią wpływ, świadczy fakt, że niemal wzięła udział w konkursie na Pierdołę Roku. Przebiłaby mnie, słowo daję.

Noclegi rezerwowałyśmy na zmianę.

– Mam w Santiago! Świetna lokalizacja, bardzo ładny pokój, dwa łóżka.

– Mi wszystko jedno, mogę z tobą spać.

– Ja nie mogę z tobą – zaoponowała. – Chrapiesz.

– Sama chrapiesz – rzucilam

– 60 euro. Ostatni pokój. Brać?

– Bierz.A po chwili dodala

– A nie, to w Chile.Kiedy przestałam się śmiać, powiedziałam:

– Może ja coś znajdę? Mam jednak więcej szczęścia do noclegów. Że ci tylko wypomnę Valencę.

Ostatni etap do Santiago siostra Tetetki zalecała zgodnie z tradycją przejść na kolanach.

– Ależ proszę bardzo – powiedziałam. – Mogę na kolanach. W związku z tym, że poprzedniego dnia wyhodowałam sobie ślicznego bąbla na palcu, padłam na kolana  w pociągu, którym jechałyśmy.

– Zrób mi zdjęcie na dowód.

Na dworcu kupiłam bilet na lotnisko w Porto na następny dzień i już kawiarni ustalałyśmy plan gry.

– Najpierw hotel, potem katedra, a potem zjemy obiad

.– A potem pójdziemy zobaczyć muzeum katedralne i wydział filozofii na tutejszym uniwersytecie

.– No już się rozpędziłam – prychnęłam.

– Potem pójdziemy do kina. 

  • – Powaznie chcesz isc do kina? – zwatpila
  • – Wybrałam film. O takiej babce, która zaszła w ciążę, korzystając z banku spermy, i przypadkiem poznała dawcę nasienia – oświadczyłam zupelnie poważnie
  • Hotel trafiłyśmy naprawdę świetny. W dobrym miejscu, klimatyzowany , ogarnęliśmy sie szybko I do Katedry.
  • Robi wrażenie.
  • Nawet na ateistce. Świecę zapaliłam, grosik dałam i zupelnie bez szydery wyrecytowalam szeptem intencje. Swoje- wiadomo  – i nazbierane.
  •  Robi wrażenie.
  • I nie chodzi o sakrum ani przepych, tylko o rozmach i pracę w to włożoną. Takie rzeczy potrafimy wznosić głównie dla Boga. No i czasem z miłości do kobiety (Taj Mahal) Z tym Bogiem trochę przesadzam, bo zwykle stoi za tym raczej chęć własnej nieśmiertelności, odkupienia grzeszkow,  jakaś nie do końca czysta intencja. I raczej nie krew, pot i łzy fundatorów wsiąkały we wznoszone mury. Mimo wszystko zapiera dech. Walczą we mnie dwa wilki.Jeden mówi:
  • – I po co? I komu to potrzebne? Lepiej głodnych nakarmić.
  • Drugi myśli o budowniczych i o milionach pielgrzymów od ponad tysiąca lat. Miliony ludzi, szly przede mną widzac w tym wartosc i sens. Czuje sie te energię a w energie wierzę. Słyszałam dziś, że pielgrzymki do Santiago zbudowały Europę. Coś w tym jest. 
  • Robi wrażenie.
  • Nawet ja jestem tutaj z silnym postanowieniem, że wrócę.
  • Po spełnieniu obowiązku ja poszłam po certyfikat a Tetetka do muzeum.
  • – Na pewno nie chcesz iść ze mną? – zapytala
  • – Na pewno. Zobaczę sobie w internecie w lepszej rozdzielczości.  Idę po certyfikat. Obiad zjadlysmy, a jakże przy wydziale filozofii, gdzie zostałam zwabiona podstępnie. A po.obiedzie olsnilo mnie. 
  • – Musze tu przyjsc jeszcze raz! Zapomnialam o jednej intencji! Zapomniałam powiedzieć, że chcę schudnąć – i wytarlam cieknącą mi po brodzie oliwę z krewetek.

towarzystwo

Myślę, że takie wyprawy są jak egzamin dla znajomości. Mnie trzeba kochać, żeby ze mną podróżować (a Tetetka mnie nie kocha). Lubi mnie na tyle, żeby nie zadusić mnie w nocy poduszką.

Ja też „znoszę” niektóre rzeczy, cytując: „O wojnie naszej, którą wiedziemy z szatanem, światem i ciałem”. Bywam trudna z tą swoją niefrasobliwością, od której niektórzy dostają wrzodów żołądka.

Wczoraj, dziesięć minut przed schroniskiem, kiedy obie wizualizowalysmy sobie prysznic. kpowiedziałam:

– Poczekaj, wczoraj napisali, że o tej porze nikogo już nie będzie. Wyślą kod do drzwi, tylko muszę się zameldować online.

– …

Tu najwyraźniej nie wiedziała, co powiedzieć.

– Yyy… wiesz, że rzeczy już zrobione, nie są już do zrobienia? – oznajmiła tak sucho, że dopiłam resztę wody z butelki.

Ja mam czas. Ja zdążę. A jak nie zdążę, to będę się martwić. I.akurat nie mogłam się zameldować. Raz, drugi, trzeci… nie opiszę miny z jaką Tetetka wyjęła mi telefon z ręki i dokonała rejestracji. Uchronilo nas to prawdopodobnie przed spaniem na ławce przed hostelem.

Tetetka mnie pogania. Jakby miała bat, to by mnie nim okładała. „Wstawaj, chodź, dopijaj, idziemy”

Za to na trasie ja się oddalam bez grama wyrzutu sumienia i spokojnie słucham podcastów wiedząc, ze jak cos zgubię, to ona znajdzie.

Wczorajsza droga była tak piękna, że chciało mi się śpiewać, więc nawet zaintonowałam:

„Chwalcie łąki umajone…”

Tetetka przez Caldas de Reis idzie w majtkach-bokserkach, które raczej nosi się pod spodem, i od razu się tłumaczy:

– No nie przypuszczałam, że do tego dojdzie. Ale z drugiej strony nazwiska ani adresu na tyłku nie mam.

– Ja śpiewam pieśni maryjne. Też się o to nie podejrzewałam.

  • – robimy sie podobne do siebie?
  • – jakbyś sie do mnie upodabniała to szla byś bez majtek:))
  • Chyba zdajemy ten egzamin.
  • Już planujemy kolejną podróż.

Chociaż każda oddzielnie. 🙂

Bayo Pontevedra

Do Pontevedry dojechałyśmy pociągiem. Bardzo był nam obu ten dzień potrzebny. Mnie, bo notorycznie niedosypiam, szwendając się po nocy i pisząc relacje. Tetetkę bolało kolano. A ona nie miała za co pokutować?

W Pontevedrze miałyśmy hotel. Tetetka poszła spać, a ja w miasto. Piękne, jak wszystko po drodze. Z tym pięknem mam taką refleksję, że wystarczy się zatrzymać i popatrzeć. I nie ma znaczenia miejsce. W każdym jest coś. Poza tym piękno jest w oku patrzącego.

Moje zdjęcia tego nie oddają, opisać też nie umiem. Wiem to po zdjęciach mojej córkowej. Ona łapie aparatem niby zwykłe rzeczy, a widać w nich przestrzeń, myśl i potencjał 

– Żałuję, że cię tu nie ma – napisałam jej. – Może wybierzesz się ze mną następnym razem?

– W życiu, Mariolki! Wystarczy mi twoja relacja.

Wieczorem poszłyśmy na kolację. W miasteczku był jakiś festyn.

– Cudownie! Idziemy tańczyć salsę!

Tetetka spojrzała na mnie tak, jakbym z entuzjazmem zaproponowała jej, że będę ją okładać batem pod pręgierzem.

– Yyy… nie! Ty sobie tańcz, ja obejrzę katedrę.

Plan na dzień następny był taki, że ja miałam gdzieś kupić okulary, a Tetetka krótkie spodenki, bo te, które zabrała, odmówiły dalszej współpracy.

Okulary kupiłam zaraz po śniadaniu, na pierwszym rogu. Tetetka dwie pary lnianych spodenek trochę dalej.

Wyszłyśmy na szlak.

– No to mamy okulary,  spodenki, w drogę!

– I nie musimy iść gołe i ślepe.

Wieczorem dotarłyśmy do. Caldas de Reyes..

Hostel wyglądał z zewnątrz jak zapomniane więzienie. Eternit, odpadający tynk, okiennice już nie pamietaly swojego najlepszego czasu

W środku – nadspodziewanie przyjemnie.

– A już się bałam. Wygląda jak punkt przerzutu kokainy.

– Albo miejsce handlu organami.

– Albo hodowla pieczarek.

Przerzucałyśmy się pomysłami.

Pierwszy raz byłyśmy tak zmęczone, że poszłyśmy spać bez kolacji.

Dziś do Padrón.

Hiszpania czy Portugalia

Do tego upiornego schroniska nawet taksówka nie chciała przyjechać, żeby nas zabrać na normalne śniadanie, wyszłyśmy więc pieszo. Do Tui miałyśmy niecałe trzy kilometry.

Zdecydowałyśmy dojść do O Porriño. Granica skradła nam godzinę, ale śniadanie wróciło nam humor i energię.

Nawet zaczęłyśmy sobie żartować z naszych alter ego.

Tetetka zachwycała się architekturą na każdym kroku, zwracając uwagę na detale.

– Patrz, zrobiłam zdjęcie, bo mi się skojarzyło – pokazała.

– Jak na nieśmiałą prawie zakonnicę, to doprawdy masz skojarzenia frywolne.

– Jak na niedołężną staruszkę, bardzo sprawnie gubisz majtki – odcięła się.

Faktycznie zgubiłam majtki. Jedne wiem gdzie – nie zebrałam prania, bo skarpetek i koszulki też mi brakuje. A drugich nie wiem. Może ślimaki w Valençy porwały, albo koza zjadła.

Połamałam też kolejne okulary.

Do schroniska w O Porriño dotarłyśmy krótko po 21:00.

– OK, najpierw kolacja, bo znowu nam wszystko zamkną.

– Są! Papryczki padrón! Kocham!

W tym domu pielgrzyma było absolutnie wszystko doskonałe. Klima, pralka, suszarka, prywatność, czystość, dobre towarzystwo dwóch Słowaczek, kuchnia do dyspozycji. I gniazdko przy łóżku. A to ważne, bo telefon trzeba ładować.

Tetetka nasmarowawszy kolana Voltarenem planowala nastepny dzień. Ja wyprałam i wysuszyłam wszystkie zatęchłe po Valençy rzeczy. Aż plecak był lżejszy.

Trochę mi sen z oczu spędzał brak biletu powrotnego do domu.

Plan pierwotny był taki, żeby wrócić samolotem z Santiago do Berlina. Niestety zagapiłam się i nie było już miejsc na czwartek. Z Porto do Berlina też już nie było na ten dzień.

Potem wymyśliłam, że pojadę pociągiem do Barcelony, a stamtąd samolotem do Berlina, z przesiadką w Wenecji. I bardzo mi się podobała ta opcja do momentu, kiedy zauważyłam, że w Wenecji mam dwunastogodzinne czekanie. W nocy.

Potem jeszcze rozważałam powrót przez Madryt, ale też wychodziło za drogo.

– Jak wracasz? – zapytała Tetetka.

– Nie wiem, nie podjęłam decyzji.

– Jak to?! A do kiedy masz urlop?

– Do 28. A ty?

– A ja cię nienawidzę! Mogłaś mi powiedzieć! Zostałybyśmy jeszcze dwa dni! – zirytowała się. – A tak mam bilety na 25. do Zurychu.

– Byłam pewna, że ci mówiłam.

– Nie mówiłaś!

– No trudno, będę pokutować.

– No, Bóg by ci może wybaczył. Ja się jeszcze zastanowię.

dzien najgorszy

Dzien najgorszy

Najtrudniejszym odcinkiem na tej trasie do Santiago jest podejscie z Porte de Lima do Rubiães. Osiemnascie kilometrow pod gore, kamienista droga przez las. Dla.Tetetki byl to pierwszy dzien marszu

Pierwsza godzina za ponte de lima zaczelysmy spotykac innych pielgrzymow. Miedzy innymi emerytowanwgo francuskiego policjanta Denisa, ktory akuarat szedl w przciwna ale bardzo przejal sie nami. Bardzo. Sprawdzil czy dobrze nam.leza plecaki, obejrzal nasze buty, pokrecil glowa z powatpieniem . 

– nie dacie rady- zawyrokowal – przeszwdlem te trase 5 razy ale wy za piewszym razem nie dacie rady. Ja juz jestem na emeryturze i sobie chodze. Mam zdolnosci terapeutyczne, dobra energię to chociaz was usciskam. 

I wysciskane poszlysmy dalej z lekka obawą. Po kolejnej godzinie zglodnialysmy. Na szczescie dotarlysmy do restauracji o wiele mowiacej nazwie

„Last time” i zjadlysmy potezny obiad. Uzupelnilysmy zapas wody i ruszylysmy dalej. Tetetka dowiedziala sie od czata GPT ze wlasciwie najgorszy odcinek za nami

– eh ci faceci, nie docenil nas ten policjant. 

– bylo ciezko, ale spodziewalam sie gorszych warunkow. Straszyli tylko.

Dokladnie ten moment wykorzystala zla godzina i zaatakowala znienacka. 

Zaczelo sie. Naprawde na kazdy krok trzrba bylo uwazac. Kocham moje sandaly, nadal polecam, ale zbieraly kamyczki. Co jakis czas musialam robic przystanek i skrupulatnie sie ich pozbywac. Po kolejnej godzinie Tetetce skonczyla sie cierpliwosc. 

– Poczekaj, zrobmy przerwę, opierdole czat GPT – i dosc stanowczo oznajmila mu ze to byl chyba ponury zart ze jesli tamto bylo najgorsze to to teraz to co to do cholery bylo???

– masz rację, bylem zbyt optymistyczny w ocenie. Dopiero teraz pokonalyscie najgorszy odcinek teraz bedzie lepiej. 

Minęla nas grupa rowerzystow. Wygladalysny żałośnie, bo sie zainteresowali czy nie potrzebujemy pomocy. 

Nie potrzebowalysmy. Nawet im troche wspolczulysny. 

– jednak oni maja gorzej, pod ta ostatnia gorke musieli chyba te rowery niesc

– tak, z rowerem zupelnie nie dalabym rady. Dobrze, ze juz najgorsze za nami…

Tak, niczego nas to podejscie nie nauczylo poki nie stanelysmy przed kolejnym z niedoeierzrniem gapiac sie na strzalke. 

– to chyba jakis zart. Ta strzalka chyba oznacza ze mamy wejsc na to drzewo i wzywac pomocy. 

– Moze to ostatnie podejscie? Czat mowi ze tym razem to juz naprawde z gorki. 

Przed kolejnym podejsciem na kamieniu biala farba bym wypisany nr na taxi. Troche to eyglafalo na zart, bo bylysmy w miejsco nietknietym kolem a co dopiero czterema kolami. 

– Na wszelki wypadek zrobię zdjecie tego numeru. 

Tetetka opierdalala czat uzywajac slow obelzywych. Czat kajal sie i obiecywal ze teraz tojuz naprawde z gorki. Rzeczywiscie stalysmy na jakiejsc gorze z ktorej rozposcieral sie przepiekny widok. 

– Uff, dalysmy radę. Moze to i lepiej, ze nas oklamal, mialysmy wieksza motywację. 

– tak, spelnial role papy smurfa „daleko jeszcze papo smerfie?””nie, niedaleko”. 

– poza tym, skoro tam byl numer na taksowke to musi byc gdzies w poblizu droga. 

Przed kolejnym podejsciem gdzie strzslka znow wskazywala gore bolaly nas plecy, kolana, biodro i konczyla nam sie woda. 

– Ja pierdole! Nie wierzę! – powiedzialam, to sie chyba  nigdy nie skonczy

– pomysl , ze te droga wydeptywali pielgrzymi przez setki lat. To musi byc najkrotsza droga. Poza tym w miescie jest goraco a tu mamy jednak troche cienia. 

– Ale powiem jeszcze gnojowi, ze znow sie pomylil

– I co odpowiedzial? 

– ze rzeczywiscie mam racje

Na ostatnich nogach dotarlysmy do miejsca, na ktorym znow byl numer na taksowke. No teraz to juz musk byc koncowka! 

To nie byla koncowka ale tej nie opowiem bo same bylysmy zgorszone tym jakie slowa znamy. 

Dotarlysmy do Rubiaes wyczerpane, odwodnione, brudne i zlorzrczace. 

Nie zrobie ani kroku dalej zamawiaj Bolta. 

– podejdzmy jeszcze troche, bo nie ma dostepnych kierowcow wczesniej niz za 45 minut.  Pewnie mecz. 

Doszlysmy do jakiegos schroniska, musialysmy dotrzec do Valency. 

Wiedzialysmy ze tam nie dojdziemy od poczatku, ale tam mialysmy rezerwacje bo tam miala doleciec Anka olsztynska.  Nie doleciala , ale rezerwaca nam zostala. 

W schronisku napilysmy sie wody, Tetetka poznala jakiegos mileho Wlocha i poczekalysmy na taksowke. 

Schronisko w Valency

…………………..

Tu skasowalam duzy fragment bo ulalo mi sie w nim tyle frustacji, ze mi kapalo z zebow jadowych przy pisaniu. 

Jaki to byl koszmar! Pokoj wilgotny, posciel wilgotna przykryta jakas klejaca kapą, miejsce dokladnie w srodku niczego. Kuchnia zamknieta,   a ja marzylam o czym innym do picia niz woda z kranu w tej zatechlej lazience. 

Namowilam Tetetke zebysmy jeszcze zrobily te dwa kilometry do miasta

– tam musi byc jakas cywilizacja!

Nie bylo. Bylo ok 21.00 i wszystko zamkniete na glucho. Odbilysmy od chyba szesciu miejsc ktor mialy byc otwarte i nie byly. Apokalipsa przeszla  w koncu znalazlysmy jakis sklepik w ktorym byla woda i stare ciastka. Wrocilysmy do schroniska. 

– a tak sie raklamowali, ze nawet basen maja. 

– ta plastikowy koszmar chyba mieli na mysli

Tetetka poszla spac a ja poszlam nienawidzic. Poszlam do ogrodu, bo tylko tam bylo ludzkie powietrze. Omal nie usiadlam na kompletnie mokrym siedzisku.  

– Kurwa! Nie! – wyrwalo.mi sie

Postanowilam valency obsmarowac tak bardzo zeby sie juz nie podniosla

„Nie polecam” – zanotowalam stanowczo , znalazlszy sucha lawke. Dlugo sie nie nasiedzialam bo bez ostrzezenia wlaczuly sie…zraszacze. 

– kurwa mac! Nienawidze Valency. 

Ramo okazalo sie ze nie dosc ze nie wyschly nam rEczy wyprane, to.jeszcze zawilgotnialy te ktore mialysmy w plecaku. 

Na sniadanie dostalysmy po naparstku kawy i bulce. 

Moglysmy tez kupic wisniowke i sliwowice, ale zaniechalysmy. 

Na porzadne sniadanie poszlysmy do Tui. Tam wrocilo mi zycie i humor. 

Nawet nie dalam sie tak  pezekonac Tetetce. 

– Hiszpania jest lepsza – oswiadczyla

– Portugalia jest lepsza – zaoponowalam -z wyjatkim Valency

– Twoj osąd jest stronniczy i niewiarygodny

– zgodze sie , ze moze miec nieweilki wplyw na moj osad pewien wielbiciel piosenek z hinduskich filmow. 

– ciesze.sie ze.masz tego.swiadomosc. 

Wieczna milosc Fabiano byla jak GPS dzialala w ograniczonym zasiegu 85 kilometrow, co i tak uwazam za wyczyn dosc imponujacy:) Dzis nie dostalam nawet marnego smsa. Smuteczek:)

Czas na podsumowanie. Połączyła nas moja szlochająca żałosność i kino bollywood. Z jego perspektywy bylam osmarkaną kupą nieszczescia do uratowania. On był moim bohaterem a „mężczyzna pozostaje zazwyczaj bardzo długo pod wrażeniem, jakie zrobił na kobiecie” (to Tuwima:).

Nie mam żalu do Fabiano i mam nadzieje ze on nie ma zalu go mnie o te ostatnie obietnice bez pokrycia. Moze mu nawet ulzyło? Moze w innym czasie, w innym swiecie? Niedokonczone historie dobrze sie wpomina i są inspiracją pisania

.

Czy mnie to czegos nauczylo?

Niczego:)

Ponte de Lima

Do Ponte de Lima szlam po strzalkach od czasu do czasu dyskutujac z nawigacją. O 20.00 mialam dosc, wyszlam na droge i złapałam stopa. Nie bylo dostepnej taksowki, bo pewnie znow był jakis mecz. Zatrzymala sie dziewczyna wytlumaczyla, ona wprawdze zaraz skreca ale chwileczke a mi pomoze. Zadzwonila do kogos pogadala i powiedziala – za 5 minut przyjedzie tu taki samochod – pokazala mi numer- kierowca zawoezie cie do schroniska. – podziekowalam we wszystkich znanych mi jezykach i dwoch nieznanych. Schronisko w Ponte de Lima zarezerwowala Tajemnicza Towarzyszka, ktora ze wzgledu na blog publiczny postanowila pozostac anonimowa. Bede ja nazywac Tetetką. Tetetka wyrwala sie ze swojego ulozonego zycia tlumaczac rodzinie, ze musi pomoc kolezance na pielgrzymce do Santiago. Ta kolezanka jest malo sprawna intelektualnie i fizycznie dosc niedolezna, trzeba jej pomoc, zaopiekowac sie, byc moze pomoc zmieniac pieluchy. No i musi dowieźć gotowke. Miala dotrzec po 23.00, glodna, wiec poszlam organizowac jedzenie. Tak calkiem nie klamala, rzeczywiscie nie mialam gotowki.

Poznym wieczorem Fabiano wyslał mi piosenke z filmu indyjskiego „Humari adhuri kahani” (tak tez jest fanem kina indyjskiego) czyli ” nasza niedokonczona historia” i lokalizację. 6 minut pieszo od tawerny w ktorej akurat jadlam kolacje. Swieta by sie zlamala, a ja nie aspiruje. Dolączył. Zrobilismy długą rundę po mieście, nie bez przygod. Jak robilam zdjecia mostu to wpadlam do rzeki. Plytko bylo, ale ratujac telefon zamoczylam sie do pasa wiec wrocilam do schronoska zeby sie przebrac.

– Czy ja moge z toba wejsc?

I tu zemscilam sie na Tetetce

. – Nie mozesz, przyjechala moja kolezanka, ona jest bardzo tradycyjna i pruderyjna. Ona sie na pewno teraz sie modli. Ja jej nawet nie powiedzialam ze wyszlam z toba, bo bylaby strasznie zgorszona.

– zostań, po co ci ta pielgrzymka?

– nie mogę, ta kolezanka bardzo na mnie liczy. Ona chce zostac zakonnicą, boi sie obcych ludzi, nie moge jej zostawic.

– zostań, zawioze cie jutro do Valency – kusił- nie moge jej zastawić

– a mnie możesz?

– z tobą się pozegnalam wczoraj

– nie chcę takiego pozegnania

– a jakie chcesz?

– wcale nie chcę przyjadę do Valency

– zwariowałeś chyba! To nie ma sensu! Czy ty mozesz tak sobie po prostu jezdzic za mna po calej Portugali?

!- nie moge, szef mnie zabije

– to mam lepszy pomysl. Ja przyjade do Porto – westchnęłam

– Kiedy? Za tydzien?

Zdecydowalam zgodnie z filozofia pewnego polityka ” coz szkodzi obiecac”, że zgodzę sie na wszystko. – Niech bedzie za tydzien.

– I … zostaniesz ze mną na noc?

– Zostane na trzy noce!

W wyniku małego nieporozumienia Tetetka zarezerwowala dwa miejsca, ja jedno wiec wlasciwie mialysmy caly pokoj dla siebie. Dwa piętrowe łóżka i my dwie. Chociaz wlasciwie … cztery, bo ona szla ze zgrzybiala staruszka a ja z niesmiala dziewicą. Nastepnego dnia ruszylysmy w najtrudniejszy odcinek.

Droga

Jak wszystko co robię w zyciu, wybralam swoj autorski sposob pielgrzymowania. Niektorych przyprawia o  apopleksje samo czytanie. 

Otoz prowadze raczej  nocne życie.  

Wstaję o 9.00, sniadanie ogarniam do 11.00 i wyruszam w trasę wlokąc się i chłonąc życie. Swiat jest niewiarygodnie cudowny (pewnie z wyjatkiem miejsc gdzie akurat Kapitol zrzuca bomby)  W pracy zawodowej jak ktoś zaczyna od „Ja myślałam” dostaje gęsiej skorki przygotowana na niedorzecznosci.

W zyciu, coz, w życiu sama wpadam w pulapki „myslenia”. 

Trase pielgrzymki zaplanowalam sobie z czatem GPT i google maps. Bo „ja myslalam” ze to nie ma znaczenia. Dlatego pierwszego dnia szłam do Vila do Cordo wdychajac spaliny. Wczoraj bylo juz lepiej a nawet przepieknie tylko nocleg sztuczna zlosliwa inteligencja zaproponowala mi w zamknietym od lat kosciele w jakiejs wiosce zabitej dechami. 

Godzina prawie 20.00, kosciol zamkniety na głucho i zywej duszy w zasiegu wzroku. Nastepne schronisko wprawdzie 7 kilometrow dalej ale mi.sie baterie wyczerpaly. Juz myslalam ze spac bede pod golym niebem i gratulowalam sobie ze jednak wzielam spiwor, postanowilam jednak poszukac czlowieka. I znalazlam. W pierwszej sekundzie myslalam ze to jakiej zebramie w wiejskim pubie.  Dwudziestu podpitych chlopow wpatrzonych w telewizor. Nawet sie nie orzestraszylam. Towarzystwo wygladalo identycznie jak  u mnie w rodzinnym Orlowie pod sklepem u Zoski. Kelnerkę miedzy nimi wypatrzylam. 

Wytlumaczylam ze z niewyjasnionych powodow zadna takasowka.jest nieosiagalna a ja schronisko mam w Barcelos. I nawet nie wiem czy sa miejsca.

Ludzie sa cudownie piekni, pomocni i pachnacy.( z wyjatkiem komunikacji miejskiej w godzinach szczytu) 

Kelnerka zadzwonila do schroniska i zaklepala mi.miejsce a jakis siedzacy w kacie znudzony pan zaoferowal sie ze mnie zawiezie. 

W schronisku warunki iscie polowe ale nie wybrzydzam. Poznalam Jimiego i razem wyszlismy na kolacje. W pierszej jadlodajni zrozumialam co sie wydarzylo bo byl tam duzy telewizor i rozpoznalam Ronaldo na ekranie. 

Mundial

Portugalia grala z kims tam i zremisowala. Poznalam po jeku zawodu ze to niedobrze ze remis.

– o Polonia! Bednarek good, very good. 

– a.kto to.jest Bednarek? 

– Polski.pilkarz w klubie Porto, przeciez! 

– Aaaa.ja znam tylko Lewandowskiego

– lewandowski very good!

– ronaldo very good too. 

Jesc mi dali chociaz skonczyla mi sie gotowka a.nie mieli platnosci karta. 

Ta pilka to jednak.laczy ludzi.

Dziś juz szłam po strzałkach, co nie znaczy ze bez przygod:)

geografia: 3=

Fabiano okazal sie  uroczym kompanem. Zrobiliśmy ładnych parę kilometrów po nocnym Porto, bo zamykali nam kolejne przystanki. Na moście Luis I księżyc odbijał sie w rzece Douro. Ostatnią kawę wypilismy na jakiejs stacji benzynowej kolo trzeciej nad ranem.. Odprowadzil mnie do hostelu. Byl strasznie zawiedziony ze nie moze wejść ze mna:). A bardzo by chciał.

Zanim zasnelam dostalam jeszcze siedem milutkich smsow. 

Wstalam o 9.00 lekko ogluszona siegnelam po telefon. Przeczytalam komunikat ze pobral aktualizacje i chce restartu. Kliknelam bezmyslnie. Za chwile zażądał PINu.

Zly PIN

Zastanowilam sie , wpisalam i … zly PIN. OSTATNIA PROBA. 

Uswiadomilam sobie ze to nie przelewki. Wpiszę zly trzeci raz i zostane bez telefonu. Dotarlo do mnie ze Renata czeka na dowod zycia  a ona potrafi postawic na bacznosc straz pożarną i policje w całej Europie. 

1. Oddychaj

2. Mysl

Mam awaryjnie polski telefon, ale z taka umowa ze za granica grozi mi bankructwo jakbym miala go uzywac caly czas. Infolinia sieci nie pomogla, bo nie pamietalam jakiegos kodu do identyfikacji. Sztuczna pseudo inteligencja też nie. Zamiast na umowione sniadanie z Fabiano poszlam do salonu Vodafona w Porto. Zaproponowali portugalska karte. 

I wtedy przypomnialam sobie ze pin do : mam zapisany na kryminale niemieckim. Tak , robie czaaem notatki na ksiazkaxh. Tak, wiem ze mam przez to  specjalne miejsce w piekle. Zadzwonilam do opiekunki kota

– Lila, znajdz na polce taką zielona ksiazke z „Mörder” w tytule i chyba kogutem na okladce. W srodku na drugiej albo trzeciej stronie jest bazgroł. Cyferki. Jak znajdziesz wyslij mi prosze na ten numer –

Po kwadransie wyslala mi zdjecie. Wpisalam i UFF weszło. 

Pogrozilam w przestrzen piescia zlej godzinie. 

Przywitalo mnie kolejne siedem smsow od Fabiano. Od milego  „Bom dia” po rozpaczliwe „Daj znac ze zyjesz”. 

W srodkowych zdazyl mi wylozyc jak cudownie piekna jestem i jak bardzo sie nie mogl spac, nie mogl jesc ani miejsca sobie znaleźć, bo sie zakochal. 

Chetnie wierzę. Ja jestem latwa do zakochania. (Trudniej ze mna 5 lst wytrzymac:). Chociaz cynicznie nie nazwalabym tego od razu miloscia tylko erekcją:). 

Mnie lovebombing owszem rozczula ale nie na tyle zeby zapomniec w co gramy. Fabiano wpadl na pomysł ze przyjedzie do mojego kolejnego etapu i pokaze mi nocne Vila do Condo. Mezczyzna, ktory chce bzyknac to gotow jest na najwyższe poświęcenie. W skrajnych przypadkach gotow sie ozenic. 

Wyruszylam w trasę niewyspana i odurzona. Glownie spalinami, bo szlam wzdłuż dosc ruchliwej ulicy z google maps i troche probowalam Fabiano studzic a troche nie:).

Zrobilam z 18 kilometrow bo z Porto wyjechalam metrem. Pogoda okolo 25 stopni. W schronisku w pokoju mialam Niemke i dwie Slowaczki. Zadnych barier jezykowych. Niemka miala zmasakrowane stopy. Przekuwala bable i naklejala plastry. Ja, poza zmeczeniem, zadnych  szkod. 

Fabiano kusil. Wyslal mi nawet romantyczne miejsce gdzie pragnie mnie zabrac i dowody milosci u mych stop złożyć. Sprawdzilam ze to pol godziny samochodem od mojego schroniska i z zalem odpuscilam. Ale przyjaciolce sie pochwaliłam. 

– eh, moglam miec randke w Portofino i stchozylam 

– Portofino? W Portugali???

– Pol godziny dtogi stad! Na mapie widzialam – zapewnilam

– Portofino na 200% jest we Wloszrch. Ale moze sa dwa.

Zawahalam sie i sprawdzilam wiadomosci

– Ups! Przepraszam, to jednak jest hotel a nie miejscowość :))))))

– Taki detal:)

Co nie zmienia faktu ze moglam miec randkę w Portofino i stchorzylam. 

Dzień pierdoły

Pani Ka zwanej Paniką towarzyszy w domu córka znajomej, co oszczędziło mi ataku paniki, ale o tym później. (Właściwie czuję, że tą wyprawą zapracuje sobie na tytuł Pierdoły Roku drugi raz z rzędu i trzeba mi w końcu będzie ufundowac puchar)

Otóż wiecie, że na samolot do Porto o 15.00 sie nie spoźnilam. Ania warszawska obudziła mnie o  ősmej. Do 9.00 jeszcze pobarlożylam gadajac a potem zdążyłam zrobic zakupy, spakować się, wydać ostatnie dyspozycje i dwie godziny przed odlotem byłam na lotnisku. DWIE GODZINY! I dobrze, bo lotnisko jest duże i do bramki szlam 15 minut. Szybkim marszem. Połgodzinne opóźnienie przyjelam jednak z lekutką satysfakcją (i po co było mnie tak poganiać?)

Wiecie, że juz można przejść przez kontrolę z litrowa butelka wody? Chcialam wode wylać, zapytałam , gdzie mogę i powiedzieli, że nie muszę.  Ależ się zdziwiłam. 

W Porto wylądowaliśmy po 18.00 i ambitnie postanowiłam dojechac do hotelu komunikacją miejską i dojechałam. 

Tu jednak zaczyna się opowieść o tym jak  emocje odcinają człowiekowi rozum. A przypominam, że to ja jestem specjalistka od przegrupowania sił jak wali się plan. 

No to zapnijcie pasy. 

W miejscu, które wskazała nawigacja była ściana i owszem z drzwiami ale PIN, który dostalam nie otwierał tych drzwi.

 Wrociłam do rezerwacji, przejrzalam mejla z potwierdzeniem  i …”im bardziej Prosiaczek zaglądał do norki, tym bardziej Kubusia tam nie bylo”. Zatrzymałam parę, która wychodziła z budynku. Dziewczyna na szczescie okazała sie Ukrainka i wspólnymi siłami zajrzelismy do norki.  Znaczy w moj telefon.  Zle wpisałam adres. Wpisałam uważniej – 3 km do celu. Dziewczyna poradziła mi wzięcie Bolta, bo tanio. Usciskalysmy się na pożegnanie i wpisalam adres do apki Bolta. Samochód podjechał z konta zeszło 3,50 euro i wysiadam.  

Jak się okazało pod złym adresem. 

Bardzo uważnie wpisałam ponownie adres do apki Bolta. Dwoch kierowców nie podjęło wyzwania. Trzeci podjechał i zapytał litosciwie czy ja jestem pewna, że chce jechać tam gdzie mu system pokazuje. I pokazał mi trasę dookola  ronda. Powiedziałam że zupełnie nie, ze ja mam inna trasę i zrobiłam tak jak zawsze radziła mi mama. Rozpłakałam się.

Kierowcy zrobiło się żal sieroty. Wziął moj telefon, powiedział, że zawiezie mnie poza systemem tam, gdzie pokazuje moja nawigacja a ja mu zapłacę gotówką.  

– Cudownie! Tylko ja nie mam gotówki. 

– Nie szkodzi, podjedziemy do bankomatu, to cywilizowany kraj. 

Juz wiecie? Tak, bankomat odmówił wypłaty gotowki. 

– Przelewem zaplace, podaj mi numer konta, proszę 

„Transakcia nie może byc zrealizowana bo costam costam i dbają o moje bezpieczeństwo”. 

A czas leci. Zrobiła się 20.00. Wzięłam od kierowcy nr telefonu i przysięgłam że mu zapłacę za kurs jak tylko odzyskam kontrole. Zrezygnowany taksówkarz zawiozl mnie pod właściwy adres. Właściwy z cala pewnością, co potwierdził booking, dwa emaile i sztucznie inteligentny asystent.  

A PIN nie wchodzi. 

Godzinę pozniej byłam u kresu, telefon miał 8% baterii a ja miałam pierwsze objawy ataku paniki. Zadzwoniłam do corki. 

Lolka z zimna krwią i w punktach powiedziała mi co  robic

1. Oddychac

2. Naładować gdzieś telefon

3. Zadzwonić za pol godziny

Usiadlam na schodach wietnamskiej knajpy na przeciwko, po wietnamsku dogadałam się z kelnerka, za pomocą translatora. 

Kosmos wysłuchał. Drzwi mojego hotelu otworzyly się i wyszła przesliczna Hiszpanka. Dopadłam ją jednym susem. No może nie jednym ale szybko i w trzech językach jednoczesnie opowiedziałam jej swoja historie. 

Zajrzała do mojej rezerwacji. 

– Pani ma pokój na 15 czerca 2027- pokazała palcem

Nie zrozumiałam od razu

– No tak- potwierdziłam 

– A mamy 2026

Makao i po makale.

– Aaaaaaaha! Spłynęło na mnie olśnienie i zaczełam się śmiać 

Troche ją to skonfundowalo. 

– Prosze pani , ja w końcu rozumiem co się stalo i wiem co robić. Co za ulga!

Podziękowałam , wyściskałam i pol godziny później juz byłam 800 metrów dalej,  pod hostelem, ktory zarezerwowałam a jakże online siedząc na schodach i podążyłam za instrukcją.

Łatwizna.

Uspokoiłam córkę („święty człowiek, ta moja Lolka, święty czlowiek”), ogarnelam sie i postanowiłam wyjsc na miasto coś zejść. Nagle wszystko zrobiło piekne i przyjazne. Zadziałała karta do bankomatu. 

Na fali radosci napisalam do  Fabiano ( kierowcy) „znalazłam hotel i mam gotowke”. Teraz widzę jak to wygląda. 

„Spotkajmy się jutro pod katedra, bo mieszkam blisko”- dodałam 

„Ja tez mieszkam blisko, jadłaś kolację?  Może spatkamy się teraz?” – odpowiedział

” Juz jadłam , ale kawy się chętnie napiję” i wysłałam mu lokalizację. 

– To juz koniec mojego pecha- powiedziałam na glos a zła godzina zachichotała przelatując. 

c.d.n.