Wiecie, za co lubię linie lotnicze EasyJet? Bo jak kupuję bilety, to pytają o wiek.
Do odhaczenia są trzy opcje:
16
17
powyżej 18
Uwielbiam.
Nie lubię się przyznawać do wieku, ale jeszcze tego nie przemyślałam i nie wiem dlaczego.
Wiecie, za co lubię linie lotnicze EasyJet? Bo jak kupuję bilety, to pytają o wiek.
Do odhaczenia są trzy opcje:
16
17
powyżej 18
Uwielbiam.
Nie lubię się przyznawać do wieku, ale jeszcze tego nie przemyślałam i nie wiem dlaczego.
…opowiem wam, co mi się przytrafiło.
W piątek byłam zaproszona na obiad, taki pół biznesowy przez szefa pewnej firmy, w której w grudniu byłam na rozmowie rekrutacyjnej. Właściwie w zamierzeniu to on był cały biznesowy, ale interesy załatwiliśmy szybko i zaczęliśmy rozmawiać prywatnie. Naprawdę świetnie nam się rozmawiało.Czy to teraz taki trend w drogich restauracjach, że dostaje się małą porcyjkę czegoś pysznego na wielkim, upierdolonym jakąś dekoracją talerzu?
Długo siedzieliśmy, więc poszłam skorzystać z toalety. Toaleta jak toaleta, duża przyzwoita, tylko lustra nad umywalką brakowało. Umyłam ręce i podeszłam, żeby sięgnąć po ręcznik a wtem widzę, że z rogu ktoś się na mnie rzuca. W toalecie! Tak się wystraszyłam, że wrzasnęłam. Szczęście, że byłam wysikana. Chwilę mi zajęło zauważenie, że ta postać też się przestraszyła i następną chwilę, żeby zrozumieć, że to ja. W lustrze. Wąskim, długim od podłogi do sufitu, kretyńsko zamontowanym obok pojemnika z ręcznikami.
Obsłudze ściągniętej krzykiem, zameldowałam z godnością
– Nic się nie stało, zobaczyłam się w lustrze.
W niedzielę w drodze na lotnisko jakoś tak wstąpiłam do księgarni. Przystanęłam przy stole przy stosie „Sztuki obsługi penisa” i zaczęłam sobie kartkować od niechcenia. Podszedł do mnie młody mężczyzna:
– Czy mogę pani w czymś pomóc?
Zgłupiałam. Oczywiście nie pomyślałam, że to sprzedawca i taką tam maja procedurę kontaktu z klientem. Spojrzałam na okładkę, spojrzałam na pana i odpowiedziałam
– Nie, dziękuję.
I całą drogę żałowałam, że nie powiedziałam „tak” i nie zastygłam w wymownym oczekiwaniu:)
To tyle. A w Berlinie przywitał mnie śnieg.
Dostałam informację od bloxa, że platforma blogowa zostanie zamknięta i znów kilka lat blogowania jak krew w piach. To jakieś podsumowania wymusza.
Piszę od zawsze. Pisałam zanim nauczyłam się czytać. Jakoś nie wydawało mi się, że są to umiejętności sprzężone zwrotnie. Sądząc po wypowiedziach publicznych niektórych polityków – miałam rację. Jako kilkulatka „pisałam” kredką na papierze do rysowania lub patykiem na piasku i starszym dzieciakom kazałam czytać, co „napisałam”. Nie umiały, więc uważałam, że nie są zbyt rozgarnięte.
Jak już nauczyłam się literek i odkryłam książki, to przestałam pisać na kilka lat. Postanowiłam przeczytać wszystkie na świecie, żeby napisać taką, jakiej jeszcze nie ma. Miej więcej w trzeciej klasie podstawówki zrozumiałam, że na świecie jest więcej książek niż w dwóch małomiasteczkowych bibliotekach. Sokratejskie „wiem, że nic nie wiem” dało mi popalić zanim się dowiedziałam, kto to był Sokrates.
Chociaż możliwe, że już wtedy wiedziałam. Moja autoedukacja przebiegała bez ograniczeń mniej więcej do matury, bo Mamut zupełnie nie interesowała a w obu bibliotekach byłam pupilką i pieszczoszką, ze swobodnym dostępem do działu dla dorosłych. W podstawówce przeczytałam „Pamiętniki Fanny Hill” Clelanda i „Wstęp do psychoanalizy” Freuda. Pochłaniałam wszystko, więc nie wykluczam, że mógł mi w tamtym okresie też Platon wpaść w ręce i jego „Obrona Sokratesa”. Musiałam być okropnym dzieckiem.
Pamiętnik na papierze zaczęłam pisać w piątej albo szóstej klasie i przestałam w małżeństwie. W dość dramatycznych okolicznościach okazało się, że mąż czyta mój pamiętnik. Nie to było najgorsze, że przeczytał, ale to, że nielojalnie przekazał dalej. To była największa zdrada zaufania jakiej doświadczyłam w życiu. Zabolało mnie to tak strasznie, że wtedy zniszczyłam wszystkie moje pamiętniki. Nawet Mamut, która z upodobaniem inwigilowało moją korespondencję i grzebała mi w torebkach, nigdy nie czytała moich pamiętników. To był początek rozkładu naszego małżeństwa.
Blog zaczęłam pisać w 2001 roku właśnie na bloxie. Na początku czułam się całkowicie anonimowa i wolna. Pierwsze pół roku pisania to była autoterapia po nieudanym małżeństwie i dość trudnym powrocie do mojego małego miasteczka, do którego nigdy tak naprawdę nie pasowałam. Pisałam bez hamulców z głębi trzewi, bardzo intymnie i własna krwią. Moja przyjaciółka powiedziała kiedyś zupełnie nieświadomie:
– Powinnaś pisać blog
Przestraszyłam się, wróciłam do domu i skasowałam wszystko, co napisałam. Żałowałam już następnego dnia, dlatego krótko potem powstały nieco mniej swobodne „notatki na marginesie” i urodziłam się jako „odwodnik”. Pierwsze lata były jak łyk świeżego powietrza, jak okno na świat. Każda wolna chwila spędzana w internecie, każdy komentarz jak pięć złotych do emocjonalnej skarbonki. Jakaż ja byłam bogata! Z tamtego okresu mam najwięcej przyjaźni. Odkryłam, że świat jest duży i różnorodny i choćbym nie wiem co wymyśliła, to nie będę z tym sama. Kiedy blox zaczął się psuć przeniosłam się na blog.pl, potem miałam własną domenę na wordpressie i po kilku tatach tułaczki wróciłam na bloxa. Na urodziny kilka lat temu dostałam wydane drukiem w oszałamiającej ilości 6 egzemplarzy „Rozmówki rodzinne” czyli wybór z notatek o Mamucie i Lolce. Wzruszyłam się ale też pomyślałam wtedy poważnie o tym, że powinnam książkę o matce napisać.
Moim zdaniem formuła blogowania się wyczerpała. Najlepsi zaczęli zarabiać albo się zamykać i zniechęcać. Już coraz rzadziej latam po znajomych blogach i coraz mniej zaglądam na notatki. Pisać nie przestanę, bo to jedna z rzeczy, która jest istotą mojej tożsamości. Ja się często definiuję przez pisanie i w ten sposób układam sobie życie. Wszystko, co napisane, wygląda inaczej.
Skupię się na pisaniu książki, jeśli ją wydam, to przeczytajcie proszę.
Blogowanie kończę. Dziękuję za wspólne lata.
Kalendarzy używam odkąd przeczytałam „Całe zdanie nieboszczyka” Chmielewskiej. Nie wiem czy pamiętacie ale to kalendarzyk i zawarte w nim dodatkowe informacje pozwoliły głównej bohaterce wyjść cało z opresji.
Pracować z kalendarzem nauczyła mnie Hana. Przyjaciółka, która przez prawie 8 lat była moja szefową. Zapisuję w nim nie tylko rzeczy do zrobienia, ale wszystko, co mi w duszy zagra i do głowy przyjdzie. I bardzo lubię na początku nowego roku przeglądać kalendarz z poprzedniego i przepisywać to co istotne na następny. To mi daje poczucie ciągłości i sensu.
Tęsknię za Haną. To jedyna osoba, której mi brakuje tak bardzo namacalnie. Nasza przyjaźń zaczęła się od obecności i na tym się oparła. Pracowałyśmy razem i mieszkałyśmy blisko siebie więc widziałyśmy się niemal codziennie. Bywało jednak, że nie rozmawiałyśmy wcale przez kilka dni, bo się „nie składało”. Każda była zajęta. Wiedziałam jednak, że wystarczy grymas, mina z mojej czy jej strony i znajdziemy dla siebie czas i miejsce. Inne przyjaciółki mam tak samo daleko jak miałam. Berlin czy Olsztyn nie robi im różnicy. Może nawet teraz łatwiej im będzie wyskoczyć na weekend. Rozmawiamy jak zawsze.
Hana mi się oddala.
Ona ma taki charakter, że jak ma problem, to potrzebuje rozdzielić włos na czworo i przegadać, poczuć wsparcie, wymyślić PLAN a potem wywrócić go do góry nogami. Za daleko jestem, żeby w tym uczestniczyć. Ja, jak mam problem, to się chowam w mysiej dziurze, „w wysokiej wieży otoczonej fosą” Nie wiem jak ona mnie stamtąd wydłubywała ale nie dawała się zbyć. Teraz jest za daleko, żeby w ogóle zauważyć.
Tęsknię za nią, bo nie miałyśmy zwyczaju gadania przez telefon i nam się przez telefon rozmowa nie klei. Hana nie istnieje wirtualnie i nie czyta mojego bloga. Boję się, że się zgubimy.
W pracy okrzepłam i zapuszczam korzonki. Znaczy nawiązuję relacje. Poprzedni tydzień był intensywny, ten zaczął się nerwowo, więc postanowiłyśmy z Kate po pracy gdzieś pójść i pogadać. Kate jest ode mnie z dychę młodsza, mężatka, dwoje dzieci. W pracy – człowiek od zadań specjalnych. W życiu – Skorpion, numerologiczna dwójka. Cokolwiek to znaczy:).
– Tu w pobliżu jest włoska restauracja – powiedziała Kate – siostrzenica mi pokazała. Bardzo fajna, myślałam, żeby męża przyprowadzić w Walentynki.
– Włoska? – nieco zrzedła mi mina, bo ja za włoska kuchnią nie przepadam – a piwo tam dają?
– Może sprawdzimy?
Kuchnia może bez szału, ale miejsce klimatyczne i obsługa znakomita. Dostałyśmy stolik i menu i asystę dwóch kelnerów. Jeden po prostu był w pracy, drugi się najwyraźniej zachwycił. Nienachalnie i nieprzesadnie. Dał nam pogadać ale czujnie wykorzystywał każdy pretekst, żeby podejść i zamienić kilka zdań. Kiedy Kate zdradziła po włosku, że jesteśmy Polkami, niemal oszalał z radości. Zwykle nie przepadam za nadmierną opieką przy jedzeniu, ale ta miała wyjątkowy urok. Dostałyśmy ekstra mus czekoladowy na deser i jakiś likier i sery i tuzin komplementów. Albo dwa tuziny. Flirt to moje drugie imię, więc nie byłam dłużna. Przed wyjściem umalowałam usta na czerwono, odcisnęłam na serwetce i włożyłam do saszetki z rachunkiem i pieniędzmi za rachunek.
– Ja cię wyciągnęłam, to ja płacę – powiedziała Kate
– Następnym razem – zaoponowałam – tym razem ja, bo to moje wpisowe. I bardzo się ciesze, że mnie wyciągnęłaś.
– Właściwie należy ci się ten rachunek za karę. Przecież ja już teraz męża nie przyprowadzę. Zepsułaś mi Walentynki!
Chciałam zapytać „Dlaczego??? Przecież nic nie zrobiłam”, ale nie zdążyłam, bo dogonił nas kelner cały w rumieńcach, zapraszający ponownie, dziękujący i kłaniający się. Wcisnął nam wizytówki restauracji. Na mojej był nabazgrany pośpiesznie numer telefonu.
– Ti amo – usłyszałam na pożegnanie.
a ja akurat na weekend lecę do Warszawy.
Ale nic to. Od poniedziałku „tenisówki, cola light i z festiwalu na festiwal”.
Dostałam premię, której się zupełnie nie spodziewałam. A że ostatnio wydawałam pieniądze na rzeczy niezbędne do życia, to wyhodowałam sobie węża w kieszeni. Oczywiście każdy ma jakiś zakres „niezbędnych do życia” i mnie się tam ciągle mieszczą filmy i książki a zupełnie nie ma tam miejsca na ubrania i kosmetyki. Dziury do załatania żadnej nie mam, nawet mam drobną nadwyżkę na koncie więc postanowiłam premię rozpizgać na głupoty. Miałam też motywację, żeby polatać po sklepach, bo obiecałam przyjaciółce perfumy i informacje czy w Berlinie są wyprzedaże.
Otóż biednie z tymi wyprzedażami. Wolałabym, żeby było inaczej, bo miałaby dodatkowy powód, żeby do mnie przylecieć, ale niestety. Owszem widać tu i owdzie jakiś szyld, że przecena, ale jeszcze na posezonową akcję to nie wygląda.
Wczoraj kupiłam sobie szczotkę do włosów, figi, śliwki i orzechy. Czyli skromniutko. Nic nadzwyczajnego. Dziś zdecydowałam, że nie może tak być, żebym ja nie mogła sobie przyjemności zrobić! W końcu motto w kalendarzu zobowiązuje. Trzy największe centra handlowe obleciałam. Tłum ludzi, gorąco w kurtce, niewygodnie z kurtką w ręce. Muzyka wwierca się w mózg i wszędzie ludzie. Przymierzyłam jedne szare spodnie i zielony sweterek. Na wieszaku wyglądało prześlicznie. W przymierzalni okazało się, że nie jestem wieszakiem a światło w połączeniu z zielenią sweterka przypomniało mi, dlaczego nie lubię horrorów. Nic więcej mi nie wpadło w oko. Do rozpizgania premii podejście drugie prawie skończyło się płaczem. Na szczęście zgłodniałam od tego łażenia. Poszłam sobie do włoskiej restauracji, zamówiłam i mnie olśniło.
Przyjemność.
To przyjemność miała być celem. Kupowanie ciuchów nie sprawia mi przyjemności. Nigdy więcej! Ot tak sobie bez konkretnego planu, to ja mogę po sklepie ogrodniczym latać między roślinkami i doniczkami. W każdym innym brakuje mi tlenu.
W restauracji podjadając sałatkę i popijając ją piwem (a co!) wydałam premię na zakupy przez internet. I tak to!
Muszę chyba posłać kwiaty firmie, która mnie ściągnęła do Berlina. Za to, że mnie wyciągnęli z Olsztyna i za to, że mnie nie jednak nie chcieli. Po niespełna dwóch tygodniach w nowej pracy czuję cię potrzebna i doceniona. Jest to niewielka firma. Szef apodyktyczny, wizjoner, ale odpowiedzialny i inteligentny. Brat i wspólnik szefa rzadko bywa w siedzibie, bo ogarnia teren. Kathy asystentka, prawa ręka, człowiek – orkiestra no i ja – kobieta od cyferek i wszystkiego, co można z nimi zrobić. Już wam powiem, że niezły z nas team.
Wróciłam do notek z początku września i widzę, że nie ma porównania. Tam po tygodniu byłam sfrustrowana. Fakt, że głównie tym, że nie mam co robić:).
Na fali energii, zapisałam się na wycieczki po mieście i inne spotkania organizowane przez Goethe Institut dla tych się uczą języka. Mam taką przypadłość, że im mniej mam czasu tym lepiej jestem zorganizowana. Jeszcze tylko ta wiosna.
Na kalendarzu na ten rok wygrawerowałam sobie : Dzień dobry, kocham cię!
A co Wy macie na kalendarzach?
Jak człowiekowi źle, że jest cholernym egoistą. A ja wam właśnie miałam napisać, że
„nie jest dobrze” (w nawiązaniu do starej anegdoty)
ale to nie tak.
Owszem nie jestem w olimpijskiej formie.
Zima, stres i niespodzianki sprawiają, że się zapadam. Nie potrzebuję rady, bo ja naprawdę dokładnie WIEM, co robić. Tylko nie mogę zacząć. Potrzebuję słońca i ruchu. Wyszłam dziś z mentalnej gawry i wykonałam parę zaległych telefonów. I tak od słowa do słowa kszątając się po kuchni z telefonem zrobiłam bigos.
Ale jaki! Doskonały! Choć muszę przyznać, że raczej nietradycyjny. Czymś go doprawiłami niestey nie pamiętam czym, o proporcjach tym bardziej nie pamiętam. Kwadrans spędziłam w przyprawach żeby wyczuć, co też ja sypnęłam.
Plusy sa dwa.
– bigos
– i uświadomienie sobie, że ja to wciąż ja.
Reasumując DOBRZE JEST.
Krótko, bo muszę przygotować prezentację na zajęcia. Nie lubię robić prezentacji, bo i tak się ich nie trzymam, ale muszę. Takie odkładanie ma pewnie jakąś nazwę w psychologii. Już mi wpadło do głowy, żeby okna umyć, więc poziom niechęci wysoki. Pomyślałam więc, że się zamelduję.
– mieszkam nadal w Berlinie i radzę sobie.
Praca to dłuższy temat i na inną okazję.
– trochę mi pusto, ale nieprzesadnie
Byłam wczoraj na randce w ciemno, bo oprócz wiary w miłość wierzę w statystykę. I w matematykę. Żeby wygrać trzeba grać i chyba parę żab pocałować:). A tak poważnie to pomyślałam, że trzeba wyjść do ludzi i zacząć ich poznawać. Randka okazała się sympatycznym facetem, ale zupełnie z innej bajki. Spędziliśmy fajny wieczór w jakimś przypadkowym klubie z muzyką na żywo, napiliśmy się piwa i rozeszliśmy grzecznie do domów.
– zima nie pomaga, ale witaminę D3 biorę
Trudne okresy w życiu weryfikują przyjaźnie, prawda? Słowo daję, będzie dobrze w biografii wyglądało:)))
Zdrowa jestem.